Posty

tundra experience!

Po mniej wiecej 10 dniach pod namiotem w tundrze (takiej bardziej gorskiej) i kompletnie poza zasiegiem cywilizacji technicznej (nie liczac stanowiska komputerowego z Internetem w Kebnekaise Fjallstation) wracam absolutnie szczesliwa. To bylo niesamowite doswiadczenie, okazuje sie, ze przez cale zycie tesknilam za daleka Polnoca, tylko o tym nie wiedzialam (no moze ostatnio troche bardziej to przeczuwalam). A teraz sauna w hotelu Scandic w Kirunie (choc najfajniejsze byly sauny po 7 godzinach marszu z dosc ciezkim plecakiem, w schroniskach pozbawionych biezacej wody, ale za to z dostepem do zimnego, gorskiego strumienia, jak w Alesjaurestugorna). O tym wszystkim bedzie oddzielnie, jak juz zrzuce tysiac zdjec i bede wreszcie przy moim wlasnym Maczku z odpowiednia klawiatura. Poki co, jeszcze losie i renifery zagladaja do okien (prawie) i czuje zapach tundry, od ktorego chyba sie uzaleznilam. Wracam tutaj w zimie na narty.

Laponia coraz blizej

Zabawiaja nas spoty reklamowe wyswietlane na monitorach kioskow internetowych na lotnisku Arlanda, z losiami, ponurymi Skandynawami i reniferami w glownych rolach - nawet ogladajac ten sam spot z losiem na stanowisku pracy po raz trzeci smiejemy sie nieprzytomnie. Troche chyba po to, zeby odreagowac mape pogody podejrzana gdzies na monitorze po drodze, pogodynka z szerokim, szwedzkim usmiechem pokazywala daleka Polnoc pokryta chmurami, z ikonka z wieloma kroplami i temperatura 14 stopni C (to w dolinach, bo tysiac metrow wyzej ma byc... 3 stopnie i deszcz ze sniegiem w sobote). Przed chwila widzielismy faceta z nartami, wiec cos w tym jest? Coz, nie ma juz raczej odwrotu, za 45 minut samolot do Kiruny i witaj przygodo. Na poczatek trzeba kupic butle gazowe, ktore okazaly sie byc jednym z tych artykulow, ktorych nie mozna przewozic na pokladzie samolotu (skadinad logiczne!) i naprawde nie wiem, jak to sie stalo, ze puscili je w bagazu przez kontrole (?) w Balicach.

Ryggerfjord

Zalogowani w hostelu na lodzi, darmowy Internet, ale zwariowana klawiatura i jestem zbyt zmeczona, zeby poszukac polskiej klawiatury. Jest 21.30, zupelnie jasno i nie moge sie przyzwyczaic. Lowie dzwieki, zwykle w podrozy wyostrza mi sie sluch i wech. Odnalezlismy ulubiona vegetarisk restaurang przy Stora Nygatan na Gamla Stan, czyli tutejszej starowce i teraz objedzona nieprzytomnie, pije miejscowe piwo z widokiem na zatoke.

już jutro!

View Rygerfjord Hotel & Hostel in a larger map Mam nadzieję, że jutrzejszy wieczor spędzimy już w naszym hostelu na łodzi w Sztokholmie, a później... dzikie ostępy. Oczywiście pomyliłam się o jeden dzień i dopóki nie wydrukowałam biletow lotniczych, byłam swięcie przekonana, że startujemy 14.07. Po drodze spotkamy się z Matsem i Anną oraz Katją i Miriam, jak zwykle w Szwecji, kiedy przejeżdżamy przez Sztokhom i spędzamy tam więcej niż kilka godzin - ech, to w końcu im zawdzięczamy szwedzkiego bakcyla, bo pomysł na wędrówkę na Północy powzięliśmy gdzieś między wybrzeżem Bałtyku w okolicach Trosy a spokojnym jezioremw Ornskoldsvik (znacznie bardziej na północ). Pomysł dojrzał ostatecznie podczas bojowej i pamiętnej wyprawy z Andersem w lutym 2008 do Jokkmokk i teraz na sofie piętrzy się stos, który jutro trzeba będzie zmiescić w dwóch plecakach (z namiotem i sprzętem biwakowym włącznie!). Podobno w Abisko Turiststation jest internet, ale niewykluczone, że podążymy od razu do Abisko...

jeszcze trochę

Już zaczęłam pakowanie oraz intensywny nasłuch: codziennie śledzę, jak wygląda okolica Abisko Station , sprawdzam prognozy i pogodę, sprawdzam po kolei schroniska na trasie, jednym słowem, nie mogę się doczekać. Już we środę ruszamy via Sztokholm do Kiruny a później w Góry Skandynawskie, na sam ich północny kraniec, za krąg polarny. Tygodniowy trekking odcinkiem Kungsleden (Szlakiem Królewskim) pewnie się przedłuży, bo chcemy zboczyć także do schroniska Unna Allakas i może przejść 2 km dalej, już do Norwegii. Generalnie trasa wygląda tak oto: z Abisko Turisstation do Nikkaluokta , przez Unna Allakas i może Cunojarvi (już po stronie norweskiej), z małym przystankiem wokół najwyższego szczytu Gór Skandynawskich, Kebnekaise (pokrytego lodowcem!), które wysokość, ze względu na topnienie pokrywy lodowej, nieustannie ulega modyfikacji. Jeśli będziemy mieć szczęście, to trafimy do wiosek saamskich w okolicy Singi, Unna Allakas i Nikkaluokta. Ciekawe, co na to renifery.

D90

Obraz
To oczywiście musiało być pierwsze zdjęcie z nowej serii. Nowe otwarcie, bo po pierwsze: Nikon D90 z Nikkorem 18-200 leży na półce (tzn. spoczął przed chwilką, po małej sesji wstępnej, jak zwykle, chmury, kot, widok z balkonu itp.), po drugie: właśnie zakwitła jedna z moich róż, którą pieczołowicie staraliśmy się odratować po sklepowych torturach. Nie wiem, co bardziej mnie ucieszyło. Aparat, to jakby wrócił do domu ktoś bliski i jakby znowu wszystko było na swoim miejscu. Jest coś przyjemnie zmysłowego w fotografowaniu, jakiś rodzaj radości eksploracji, być może również potrzeby zatrzymania, ale w dobie lustrzanek cyfrowych, kiedy równie łatwo można rozstać się z tym, co zatrzymane (albo raczej to, co zatrzymane jest nader iluzoryczne) wszystko to jawi się nieco inaczej. W każdym razie harówa ostatnich mesięcy okazała się wreszcie spełnieniem (bo pracy pozbawionej sensu zupełnie bym się nie podejmowała).

blokowiska, korporacyjne polityki, dzikie życie w mieście

Po Amsterdamie natychmiast nastąpiły dwie podróże w znacznie bliższe rejony: jedna do Nowej Huty (a właściwie do Mogiły), a druga do Jastrzębia Zdroju (nie licząc godzinnego pobytu w Nowym Sączu w piątek rano). Co natchnęło mnie dość przewrotną wizją: blokowiska z lat 70-tych są przyjemniejszym środowiskiem życia niż nowe osiedla z pierwsych lat nowego tysiąclecia. Zarówno przejeżdżając przez Bieżanów do Mogiły (egzotyczny wariant ominięcia centrum miasta oraz Nowohuckiej), jak i spacerując po Jastrzębiu Zdroju, nie mogłam się oprzeć smutnej konstatacji, że zasadzone te blisko 30 lat temu drzewka, krzewy i trawniki zdążyły urosnąć, że ktoś w ogóle zostawił dla nich przestrzeń, że odległość między budynkami planowano dość hojnie (nawet, jeśli wielka pyta nie zachwyca) i że da się tam oddychać. Najnowsze osiedla w większości składają się z parkingów, budynki ścieśnione są maksymalnie (a jak oglądałam kilka mieszkań przed dwoma laty, to zastanawiałam się, kto kupuje 60-cio metrowe "t...

wakacje?

I to mają być wakacje? 3 dni w pozbawionych klimatyzacji salach konferencyjnych University of Amsterdam? Najwyraźniej tak, bo wróciłam jakoś wypoczęta - zupełnie niespodziewanie dla mnie samej zresztą. Prosto w lipiec. Nie wiem, czy to dobra chwila na pisanie bloga. Jutro muszę wstać o 4.50 i wyjechać w sprawach, wrócić prawie prosto na zajęcia o 18.20) Po podróży pociągiem z Amsterdamu (EC "Jan Kiepura" bardzo wygodny, choć oczywiscie potwornie drogi) przez Warszawę do Krakowa - IC "Norwid" z pastuchem od kóz przebranym za kierownika pociągu, przepraszam pastuchów, pardon, nie, to była po prostu słoma, którą się wkłada do butów albo onuce Armii Czerwonej w czystej postaci, albo może koleś po prostu był z Włoszczowej: NIGDY tak się jeszcze na nikogo nie wydarłam. Po kolei (nomen omen) jednak. Otóż pociąg z Amsterdamu spóźnił się jakieś 90 minut i uciekł mi IC, na który miałam miejscówkę (mój bilet bowiem składał się z dwoch części: biletu na "Jan Kiepura" ...

no proszę!

Caałe 7 dni! Nic dziwnego - egzaminy, kolokwia, prace itp., w zasadzie w kółko. Sesja jest jeszcze bardziej uciążliwa po mojej stronie katedry, już na to narzekałam i nie będę więcej. A jednak... hurrrrrra! nareszcie wakacje! (prawie, bo w poniedziałek Amsterdam i konferencja "Ends of TV") Najchętniej siedziałabym na balkonie i oglądała ulubione seriale: o chmurach (ostatnie dni to burze przychodzące ze wschodu, co jest całkowitą anomalią), o srokach (jak młoda sroka goni swoich rodzicieli z rozdziawionym dziobem i krzycząc wniebogłosy), o pleszkach (jak biją się ohydnie wrzeszcząc pod samochodami na parkingu poniżej), o szerszeniu (najwyraźniej, bestia, szuka miejsca na gniazdo w najbliższej okolicy) i o roślinach (róża z Tesco już powoli odchorowuje spektakularne "kwitnienie" wymuszane końskimi dawkami azotu, jakimi traktuje się rośliny w szklarniach i sklepach, żeby "ładnie" wyglądały - wprawne oko dostrzeże w tym wyłącznie przedśmiertne rumieńce, wiado...

black out

Sądząc z kalendarza, znowu tygodniowa przerwa. W dodatku trudno coś konkretnego na temat tego tygodnia powiedzieć: kiedy studiowałam, to wydawało mi się, że sesja jest ciężka dla studentów, teraz widzę, że równie upiorna jest po drugiej stronie katedry. Whatever. Czasem mam wrażenie, że wszyscy upchnięci jesteśmy w jakiejś szczelnie zakorkowanej butelce i szukamy dróg wyjścia, ale jest tylko jedna, i jedyne co można, to kręcić się w kółko udając, że to zabawne i ciekawe. Wiem też na szczęście, że ten stan ma dużo wspólnego z migreną, a mało z rzeczywistością. Pierwsza prawdziwa migrena w moim życiu (no, może druga). Jest co świętować. Teraz druga połowa głowy oraz inne zaburzenia wzroku. Co ciekawe, po całkiem udanym koncercie, który miał właściwie być czymś innym. Ale też nic dziwnego, po koncercie właściwie mnie nie ma, albo to nie ja jestem. Kultura klubowa wciąż nie dla mnie, ale ciepły, duszny wieczór przy stoliku usytuowanym w oknie Eszewerii, prawie na ulicy Józefa, ciągle ruchl...

zbiorczo

Prawie tygodniowa przerwa i mnóstwo refleksji, spostrzeżeń, wrażeń i emocji, którym pozwalam rozpuścić się w przestrzeni. Jak znakomita (zaległość!) wystawa fotografii Weegee'ego w Muzeum Narodowym w Krakowie (coraz częściej wolę chodzić tam niż do Bunkra Sztuki; nie inaczej i tym razem - wystawa fotografii Witkacego w tejże instytucji okazała się porażką, bo przecież dzisiaj ekspozycja w galerii nie powinna polegać tylko na powieszeniu fotografii, co świetnie pokazuje także "Bauhaus XX- XXI. Dziedzictwo wciaż żywe" w Międzynarodowym Centrum Kultury, gdzie wystawa oznacza pewną zaaranżowaną opowieść). Jak "Obywatel Havel" w ramach przeglądu wyszehradzkiego - można Czechom tylko pozazdrościć i Havla, i reżyserów tego świetnego dokumentu: Jenka i Kouteckiego (tylko dlaczego w Polsce przyjęła się fatalna praktyka tłumaczenia wyłącznie z angielskich napisów, z zupełnym ignorowaniem języka oryginału?? Co to, brakuje polskich bohemistów albo czeskich polonistów w Kr...

politycznie, again

Żeby nie było niepozorumień i żeby sprostować idiotyczny przekaz "W Krakowie wygrał PiS". Nie wygrał. Wygrał w okręgu 10 (Małopolska i Świętokrszykie). W Krakowie zaś jest tak: "Dla niezorientowanych mieszkańców innych miast niż Gród Kraka przedstawiamy wyniki wyborów dla Miasta Krakowa: pe2009.pkw.gov.pl/PUE/PL/WYN/W/126101.htm I proszę nie mylić ich z wynikami okręgu małopolsko-świętokrzyskiego (tak jak robią to wszystkie stacje radiowe i TV)" Co za ulga.

i jeszcze jedna przyjemność

nagrody Krakowskiego Festiwalu Filmowego .

małe przyjemności dnia codziennego

Dzisiaj: koncert The Ex + Getatchew Mekuria (pamiętne "Ethiopiques"...) na kanale Mezzo oraz "złoty" happening Pawła Althamera w Brukseli. W artystach nadzieja. W odróżnieniu od nadętych oficjałek (zwłaszcza tej gdańskiej: szemrane towarzystwo z brudnymi intencjami), tutaj humor i wzruszenie (faktycznie, gdyby ktoś 20 lat temu pokazał to, co dzisiaj obejrzeliśmy na ekranach telewizorów, zostałby uznany za szalńca lub kosmitę). Świętowaliśmy więc w Krakowie i bez zadęcia, pamiętając także o Tiannanmen.

filmy, part 2.

Dzisiaj najbardziej cieszyłam się z tego, że znam jeszcze (szczątkowo wprawdzie, ale zawsze) ... rosyjski. Film Petera Rippla "Leningrad - Man Who Sings" dużo bowiem tracił w tłumaczeniu (zwłaszcza na polski, gdzie ze dwa razy zdarzyła się straszna wpadka, bo bohater mówił coś, czego w napisach po prostu nie było). Koncertowa wersja nieba (z londyńskiego klubu, ale dla rosyjskiej publiki) znacznie lepsza wprawdziwe, ale ta daje wyobrażenie. Kapitalna piosenka "Sznur" , której niejeden hit Kazika wiele zawdzięcza... (i nie tylko tej)Wyszliśmy z kilkoma tematami do przemyślenia: nieoficjalna grypsera "mat'", która jest czymś w rodzaju alternatywnego języka (i czymś więcej niż wulgaryzmami), rosyjski rock jako zjawisko (tamtejsze korzenie w... piosenkach więżiennych, które inspirowały też, zdaje się, Wysockiego), niezwykle ironiczne, inteligentne i drapieżne poczucie humoru frontmana Sergieja, ale też cały smutek Rosji (skondensowany w tej ironii i opisi...

filmy, part 1.

Przez chwilę będzie bardziej filmowo, bo Krakowski Festiwal Filmowy. Wczoraj udało nam się dotrzeć na znakomity dokument Paula Mazursky'ego ( Yippee! A Journey to Jewish Joy ), niezwykle "gęsta" wbrew pozorom opowieść o wyprawie do Humania, gdzie chasydzi z całego świata zjeżdżają się na Rosz Haszana, żeby celebrować to święto przy grobie rabinaBaal Szem Towa. Film opowiedziany w bardzo prosty pozornie sposób, wiele momentów ujawniało jednak dosyć gęstą tkankę historii i zawikłanych w nią ludzkich losów, uczuć, wspomnień (nawet tych, których nie ma szansy się pamiętać, a które wchodzą pod skórę). Wszystko przyprawione znakomitym poczuciem humoru ("Przychodzi Schwartz do Cohena..."), w wersjach z różnych stron świata. Po raz kolejny zastanawiałam się, ile straciliśmy wspólnej historii i jak długo jeszcze trzeba będzie się z tym mierzyć, jak długo głupi i bezduszni ludzie w tym kraju (oraz innych) będą ignorować tragedię żydowskiej Europy. Czy o tym w ogóle można ...

104

W dalszym ciągu bardziej po stronie nietrwałości i zaawansowanej praktyki obserwacji przeciwności losu, przeszkód i klęsk różnego rodzaju (w rodzaju na przykład spotkania w sprawie pieniędzy za wykonaną kilkumiesięczną pracę, których raczej nie dostanę, a jeśli już, to nieprędko i być może po prawniczych ceregielach, o których nie mam pojęcia). Wyraźnie więc jestem na fali obdarowywania świata (choć niespodziewanego, niezamierzonego i mimowolnego) różnymi formami energii - od aparatów fotograficznych po zarobione, acz niewypłacone należności. Co robić, obserwuję więc tę wersję płynności starając się choć trochę tym ubawić, nawet jeśli wcale mi nie do śmiechu, a wręcz przeciwnie. Bonusem może być osiągnięcie stanu bodhisattwy jeszcze w tym wcieleniu, co jest ofertą nie do pogardzenia. No chyba, że odetną mi energię elektryczną, wtedy po prostu niczego nie zauważę. Bredzę. A miało być o cudownym, opatrznościowym autobusie nr 104, który zawozi mnie z mojej pętli pod same bramy Wydział...

THE PETER BRÖTZMANN CHICAGO TENTET

To było jeszcze w niedzielę (Centrum Mangha), ale koncert z gatunku tych, które na długo odbierają mowę. Nic więcej nie da się powiedzieć. Niewiele jest sytuacji, w których 10 osób na scenie i ani chwili poczucia, że ktoś jest zbędny, wręcz przeciwnie, wiele momentów, w których słychać, że absolutnie każdy muzyk jest niezbędny. Jak dla mnie absolutną klasą (oprócz samego Mistrza, rzecz jasna) jest Mats Gustafsson, świetne rzeczy z wiolonczelą (i to nie tylko przetwarzając ją elektronicznie, ale posługując się niezwykłą techniką gry) robił też Fred Lonberg-Holm, ale... no właśnie zaraz musiałabym wdać się w opis poszczególnych elementów, a to z kolei rozbiłoby całość na jakieś pojedyncze odpryski. Na razie chcę jeszcze pielęgnować to doswiadczenie w całości.

Dig!

I znowu chwała TVP Kultura, tym razem za Dig! Brian Jonestown Massacre to kawał zwariowanej historii amerykańskiej Terra Nation również. Coś jest w tym, że wchodząc w show biznes przykrawanie do formatu jest wyraźne i natychmiastowe (przypadek Dandy Warhols, taki Greenday z ambicjami): w sumie to smutne, kiedy lider DW mowi grobowym głosem o tym, ile mają w życiu "fun" i że wszystko jest super - entuzjazm aż z niego emanuje. To może lepsze kompletne wariactwo Antona Newcomba. Miło w sercu się robiło na widok sali pewnego klubu w San Francisco oraz ujęcia z trasy, które równie dobrze mogłyby być nasze. Poza tym jednak na samą myśl o trasie tego typu czuję chroniczne zmęczenie i ból głowy, prawie czuję ten zapach kiepsko wietrzonej garderoby i poczucie nieadekwatności przy kolejnych milach. Fun. Apart from this - real fun. Może nie jestem w nastroju, może mi przejdzie, może wróci, może jeszcze kiedyś będę mieć entuzjazm.

przeczekuję

Rodzaj żałoby po Nikonie oraz ogólna obniżka nastroju, energii, możliwości i chęci. Księżyc idzie do nowiu i ja też. Przeczekuję. Przejdzie. Wszystkie zjawiska (dharmy) są aspektem pustki. Nie rodzą się i nie umiera ją. Nie są skalane i nie są czyste. Nie zwiększa ją się i nie zmniejsza ją. Tak więc w pustce nie ma formy, wrażeń, myśli, woli i świadomości. Nie ma oczu, uszu, nosa, języka, ciała, umysłu. Nie ma kolorów, dźwięku, zapachu, smaku, dotyku, zjawisk (dharm). Nie ma widzenia, ani świadomości. Nie ma złudzeń ani kresu złudzeń. Nie ma starości i śmierci, ani kresu starości i śmierci. Nie ma cierpienia, przyczyny cierpienia, kresu cierpienia i drogi wyzwala- jącej z cierpienia. Nie ma mądrości, ani osiągnięcia mądrości.