niedziela, 14 czerwca 2009

zbiorczo

Prawie tygodniowa przerwa i mnóstwo refleksji, spostrzeżeń, wrażeń i emocji, którym pozwalam rozpuścić się w przestrzeni. Jak znakomita (zaległość!) wystawa fotografii Weegee'ego w Muzeum Narodowym w Krakowie (coraz częściej wolę chodzić tam niż do Bunkra Sztuki; nie inaczej i tym razem - wystawa fotografii Witkacego w tejże instytucji okazała się porażką, bo przecież dzisiaj ekspozycja w galerii nie powinna polegać tylko na powieszeniu fotografii, co świetnie pokazuje także "Bauhaus XX- XXI. Dziedzictwo wciaż żywe" w Międzynarodowym Centrum Kultury, gdzie wystawa oznacza pewną zaaranżowaną opowieść). Jak "Obywatel Havel" w ramach przeglądu wyszehradzkiego - można Czechom tylko pozazdrościć i Havla, i reżyserów tego świetnego dokumentu: Jenka i Kouteckiego (tylko dlaczego w Polsce przyjęła się fatalna praktyka tłumaczenia wyłącznie z angielskich napisów, z zupełnym ignorowaniem języka oryginału?? Co to, brakuje polskich bohemistów albo czeskich polonistów w Krakowie?? w ten sposób sporo językowych smaczków ucieka i film sporo traci, jeśli nie rozumie się czeskiego - tak samo było z rosyjskim w przypadku filmu "Leningrad: Man Who Sings", na co już narzekałam. Choć można też uznać, że w Krakowie czeski się rozumie...). Jak rozpoczęty świeżo Art Boom, którego kolejne odsłony na razie budzą u mnie mieszane uczucia, ale o tym oddzielnie, kiedy zobaczę więcej, to może wrażenia też ulegną zmianie. Na razie z kilku zobaczonych rzeczy jedna na plus (przedpołudniowa część dyskusji o sztuce aktualnej w przestrzeni publicznej w Narodowym, głównie dzięki świetnemu wykładowi Adama Budaka), reszta na minus z różnych względów (pomysł projekcji zapisu prac Teresy Murak na mur Wawelu może dobry koncepcyjnie, ale efekt opłakany, bo faktura muru sprawia, że film takiej sobie jakości jest jeszcze gorszy i niewiele widać; Paul Slocum - porażka, chyba że ktoś jest zagorzałym fanem Atari (czy samo stosowanie algorytmu w sztuce w ogóle jest jeszcze czymś odkrywczym???); bilboardy Karoliny Kowalskiej - tak sobie, w szalenie zróżnicowanym dziisaj środowisku reklamowym takie dzialania stają się konwencjonalne i w gruncie rzeczy aż tak bardzo nie odstają od co bardziej kreatywnej reklamy, zwłaszcza tej "serialowej", gdzie wstępem często są abstrakcyjne formy mające przykuć uwagę). Trzeba jednak od razu dodać, że sama idea festiwalu super, bo dzięki temu można sobie wiele rzeczy przemyśleć i daje mnóstwo inspiracji. Poza tym wracaliśmy wczoraj z wieczornego "performance'u" Slocuma (ten cudzysłów to dlatego, że trudno orzec, dlaczego artysta nazywa to właśnie performancem) i cały Kraków jawił się jako jedno wielkie zdarzenie - lubię, kiedy miasta się zdarzają, a nie po prostu są: zatłoczony do granic możliwości Rynek, kłębiąca się bardzo różna publika (od koneserów sztuki wspołczesnej po przysłowiowych pijanych Anglików przez szkolne wycieczki, miejscowych bywalców i zmęczone kelnerki w ogródkach), otwarte okienka z kebabami, ładnie oświetlone i ukwiecone ogródki, ciepłe powietrze, scena piosenkowo-charytatywnej zadymy Anny Dymnej, jaieś sztuczne ognie i ciągnący się po nich ulicami dym i smród, merenge w knajpie na statku, dzieczyny na ławkach tańczące do latynoskich rytmów dochodzących z łajby - w tym wszystkim projekcja Teresy Murak miała jednocześnie jakieś swoje miejsce, ale też niczego nie zmieniała. Jeśli chodzi o mnie, tak jest dobrze. Niech tak zostanie. Niech to miasta się zdarza i zderza, i niech żyje, nawet jeśli nie wszystko mi się podoba (smród po sztucznych ogniach!), niech mnie zaskakuje - niech będzie W RUCHU. I tak było wczoraj.
A naprawdę miało być o chorobie. O jej przemysłowej obróbce przez szpital - miejsce skazania na podległość procedurom, miejsce, gdzie ciało staje się statystyką i jest mechanicznie przesuwane przez kolejne etapy taśmy: sala przedoperacyjna, blok operacyjny, sala pooperacyjna. Znikają ludzie, zamieniają się w ciała poddane mechanicznej obróbce. Szpital to złowieszczy System w najczystszej postaci. Symptomatyczne jest to, że nie sposób dowiedzieć się nigdy, co i konkretnie kiedy będzie się działo - skoro już tam się jest, to przecież wszystko jedno, prawda? Jeśli jest jakieś miejsce kompletnie zdehumanizowane (i nie ma znaczenia, że czasem trafi się na miłą pielęgniarkę czy lekarza) to właśnie szpital. Dlatego zostawienie bliskich w szpitalu samym sobie jest chyba jakimś potwornym okrucieństwem.
Dla podniesienia na duchu niedzielna prasówka. Ovoo, zgadzam się, że żywność jest kluczem do wielu spraw - nasz najświeższa historia to zbieractwo (bez łowiectwa oczywiście): odkryliśmy fantastyczne poziomkowe zagłębie między Harbutowicami a Myślenicami (od jakiegoś czasu już podejrzewałam, że trasy w niskich górkach podkrakowskich mają wiele uroku) oraz wróciliśmy z całkiem niezłym zbiorem kozaków i maślaków. A że dopadła nas po drodze burza - nie pierwszy raz i nie ostatni.

2 komentarze:

  1. Och, w dzisiejszych czasach wszystko to "performens". Mój dzisiejszy akt niesienia z bazaru 2 kilo dorodnych truskawek w łubiance to też performens, ponieważ miałam w tym zamysł artystyczny, a pod drodze mnóstwo widzów w tramwaju i na ulicy. Nieprawdaż? :)

    Szpital - o tak, skoro już się tam jest, to przecież wszystko jedno, znika osoba, nie ma człowieka, pojawia się pacjent, a to jest jakiś inny, pośledni gatunek. Każdy system dehumanizuje, ale przed tym akurat systemem bronić się trudno, bo dopada nas, gdy jesteśmy słabi i bezbronni...

    BTW, od obejrzenia "Królestwa" Larsa von Triera odczuwam pwien niepokój na widok każdego białego fartucha na horyzoncie...

    Zbieractwa zazdroszczę bardzo.

    Szczególnie podoba mi się ten cytat: "Food is the base level of our humanity, our culture, our spirituality".

    Burze są super! :)

    ovoo

    OdpowiedzUsuń
  2. owszem, burze są super, ale oglądane zza szyby, a nie, kiedy się przewalają nad głową :-)

    OdpowiedzUsuń