niedziela, 2 października 2005

drugie podejście

Wreszcie udało mi się wszystko odpowiednio skonfigurować, programy działają, to jakby drugi początek. No cóż, do trzech razy sztuka.

A w międzyczasie odwiedziliśmy słoneczną Bułgarię, która w tym roku była trochę mniej słoneczna. Ale w górach jak zwykle mieliśmy pogodę, a woda w morzu była bardzo ciepła. Zaczęliśmy od Sinemorca, który w tym roku okazał się być nieco bardziej "światowy" niż w ubiegłym roku. TUI Neckermann skończył już budowę kompleksu wypoczynkowego, jest codzienne połączenie z Sofią, ale co tam... Dzikie plaże piękne jak zwykle, pan w najobsukrniejszej (naszej ulubionej) knajpie świata - tuż przy przystanku, poza rewirem turystów - nie zapomniał nas i serwował nam kawkę w naszych ulubionych, nieco wyszczerbionych filiżankach; facet od najlepszych w całej Bułgarii mekitzi dorobił się małego kiosku i mekitzi są dalej najlepsze; po większej burzy w całej wsi nie ma prądu. Piękne, dzikie przestrzenie między Sinemorcem a Achtopolem już coraz mniej dzikie, więcej słupków i sznurków oznaczających, że oto właśnie ktoś wykupił następną działkę... Ale smak przestrzeni i słony wiatr od morza, pasterze ze stadami kóz i owiec oraz cykady jeszcze są. Zobaczymy, jak będzie za rok.

Później ruszyliśmy oczywiście w góry. Znów nie udało nam się wrócić w Pirin, ale za to znaleźliśmy wreszcie takie zakątki w Rile, dzięki którym pokochaliśmy i te góry. Ubiegłoroczna wyprawa w rejon Musały (Borovec - Czakar Vojvoda - Musała - Grynczar - Riben Ezera - Rilski Monastyr) nie zachwyciła nas tak, jak przejście z Banska do Melnika. Tym razem wybraliśmy się w rejon Sedemtych Ezer i Maliowicy - to był strzał w dziesiątkę! Sedemte Ezera są rzeczywiście absolutnie magiczne, ale widać to dopiero z góry, ze szlaku do schroniska Ivan Vazov. Najlepiej z przełęczy Razdeła, za którą wędruje się w kierunku Maliovicy rozłegłymi połoninami po to, żeby znów wejść w kamienne wieże górnej części doliny pod Maliovicą. Rozbiliśmy się zaraz za zejściem z przełęczy pod szczytem, przy mniejszym jeziorku. Widok sylwetek kozic na tle krystalicznie czystego nieba, jeszcze rozświetlonego wspomnieniem po słońcu, które już dawno zaszło za horyzont - całe stadko schodziło granią do wodopoju - to najpiękniejsza nagroda, jaką można sobie wymarzyć po całym dniu wędrówki. Schron Orlovec zasługuje na swoją nazwę! Zwłaszcza, że wypuściliśmy się w kierunku Straszneto Ezero szlakiem niebieskim, który na nowej mapie Riły (1: 50 000) nie istnieje. I jak mogliśmy się przekonać, nie istnieje też w terenie - przyszło nam schodzić czynnym piarżyskiem i kierować się intuicją. Intuicja prowadziła nas też skrótem ze Straszneto Ezero do Kirilovej Poliany. Jak się okazało, nie trzeba iść przez Kobilno Braniszcze, szlak, który jest na naszej bardzo starej mapie (1: 130 000), istnieje w terenie, ale dopiero w dolnej części. Idąc połoninami, trzeba się kierować głównie pasterskim wyczuciem (oj, przydały się karpackie doświadczenia i całe życie spędzone w górach!).

Niezapomnianym wrażeniem była wędrówka z Kirilovej Poliany do Rilskiego Monastyru szlakiem wiodącym przez miejsce związane z eremitą Ivanem Rylskim - jaskinia, w której medytował i rodzaj testamentu, jaki spisał przed śmiercią - czy to przypadek, że wzięłam do czytania w podróży "Żywot Milarepy"? Lektura niezwykłych przygód szalonego jogina przy butelce "Pirinska" na dziedzińcu opustoszałego starego monastyru jakby zawieszonego nad doliną potoku Riła i wejście do Rilskiego Monastyru, które jawi mi się teraz niemal jak powrót do domu, zapach starego drewna i kadzidła, którym przesiąknięte są mury - tak pachnie pamięć. Ta pustelnia i surowa architektura niewielkiej cerkwi (chciałoby się napisać: gompy) tworzy z Rilskim Monastyrem jakąś tajemniczą całość, nie znając jednego, nie ma się właściwego obrazu drugiego - tworzą między sobą napięcie na przestrzeni raptem kliku kilometrów.

A później Melnik, Melnik, Melnik i nasz hotelik u Pani Eweliny ("Rimski Most"). Tu też czujemy się jak w domu. Znamy mieszkańców i od razu zauważamy nowości - miejscowi mówią o "sofijskiej mafii", która powoli przejmuje górną część Melnika. Może to prawda, ale my i tak wolimy dolną - siadamy na ławkach przy Jane Sandanskim i czytamy opowieść o tutejszym życiu z twarzy i kroków ludzi przemierzających główną ulicę. Zapuszczamy się tylko do ulubionej kawiarni przy głównym placu obok poczty, gdzie podają boskie owczie kisiało mliako i banice prosto z pieca. W Melniku przybył bankomat, przybyła też galeria "Chliab i vino", poznajemy dwójkę artystów, którzy otwarli ją tego roku (pamiętamy, że zawsze fotografowaliśmy to podwórko, gdzie rosły największe tykwice) i trochę wspólnie muzykujemy. Grają tradycyjne pieśni macedońskie i sądząc z wypowiedzi, chyba są macedońskimi patriotami...

Czas w Melniku spędzamy z grupką bardzo sympatycznych studentów z Poznania, których poznaliśmy w Kirilovej Polianie - wygląda na to, że i oni złapali melnickiego wirusa (kto tutaj raz był, ten czuje kompulsywną potrzebę powrotu). POdczas wyprawy do Rożena (i Rożeńskiego monastyru) zakupujemy u Baby Błagi (lokalna legenda) pęczki wonnych ziół (nie ma niestety, pirinskiego vel marsalskiego czaju), a u wnuczki jednego z bojowników od Sandanskiego, która prowadzi teraz knajpkę w centrum (też nowa, jeszcze w ubiegłym roku jej nie było) kilka pięknych tykwic, z którymi właściwie nie wiadomo, co zrobić... U pani Eweliny spotykamy Polaków, Czechów, Słowaków - jak zwykle mieszają się języki i odnajdujemy trochę zagubiony sens słowa "wspólnota". Jak zwykle, kochamy Europę Środkową i jak zwykle czujemy, że sięga ona najdalej po Kielce:-))) No, może Poznań się załapuje:-))

No i wino, wino, wino... Najlepsze, smakujące jak Melnik - słońcem, leniwą rozkoszą i bezczasowością.

Ech, Bułgaria...

Zdjęcia z podróży (z małymi komentarzami tu i ówdzie): tutaj

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz