środa, 9 listopada 2005

remanenty

i znów upłynęły 3 tygodnie, choć obiecuję sobie uzupełniać blog co niedzielę. No ale tak to wyglądało od ostatniego updejtu:
17 .10 - 23.10
zaczęłam zajęcia w Yogamechanika, będę tam co poniedziałek od 16.45 do 18.00 (normalnie w poniedziałki prowadzę jeszcze konwersatorium z teroii mediów elektronicznych), udało nam się wyskoczyć na Sopatowiec i spędzić uroczy wieczór, a nawet znaleźć trochę grzybów po drodze (zrobiłam też 5 stron tłumaczenia, które było "na wczoraj") , w niedzielę zaczęłam zajęcia pracy z głosem w Joga Centrum (też co tydzień, między 17.00 a 19.00)
24.10 - 30.10
poniedziałek/wtorek/środa (oprócz moich zwykłych poniedziałkowych zajęć) konferencja "Nowa audiowizualność", na kampusie, co oznacza całodzienną wyprawę. Na szczęście okazało się, że LOT Catering ma tam dwa całkiem przyjemne przybytki z rozsądnymi cenami (już nawet wybaczam im fakt, że z dań wegetariańskich mają tylko jajko sadzone, ziemniaki i surówkę, oznaczone w dodatku jako "tanie danie"). Konfa była bardzo ciekawym przeżyciem z różnych względów. Kilka ciekawych referatów, w tym Kluszczyńskiego o interaktywności - dzieło jako kłącze i dzieło wewnętrznie interaktuywne, hmmm, to było naprawdę interesujące; kilka ciekawych dyskusji kuluarowych, spotkałam Maćka ze Speara, tym razem - jak ja - "naukowy" awatar, nagadałyśmy się z Moniką i Martą na tematy profesjonalne i prywatne w realu a nie przez skajpa, wiem już jak dojechać samochodem z kampusu przez Lasek Wolski na Kogucią. A kampus nie taki straszny, jak go malują. W sumie 3 dni, po których nie bardzo wiedziałam, kim jestem, co lubię.
31.10 - 6.11
posiedziałam wreszcie troche w domu, ale musialam rozwiazac kilka problemow software'owych, jak zrzucić i zmontować film w najbardziej optymalny sposób (na pececie). Nie wiem, jeszcze się z tym borykam. Ni stąd, ni z owąd wyszła mała traska: 3.11 graliśmy na imprezie "Kobiet w Czerni" (choć było to w RE, w którym poprzysięgaliśmy sobie nie grać już nigdy więcej - Murzyn nawet nie był tak pijany, jak zazwyczaj i choć wszystko brzmiało fatalnie, to przynajmniej obyło się bez sprzęgnięć), 4.11 w Legnicy - to był bardzo przyjemny koncert, komfort akustyczny (bardzo przytomny akustyk, które umie świetnie pracować z brzmieniem głosu: Shure Beta brzmiał genialnie, nie sądziłam, że da się wyciągnąć z tego mikrofonu tak łagodne brzmienie jak z modelu 58), bardzo fajni ludzie (Małgorzata, która kończyła ISzA i jej mąż, który pracuje w teatrze), 5.11 w Raciborzu (u Dawida, który jak zwykle pełen entuzjazmu i nowych pomysłów), z jakąś kapelą progresywnego rocka (??? w 2005 roku, to urocze???), trochę chciało mi się śmiać, kiedy na początku koncertu koleś z tej ekipy wyszeptał do innego kolesia ("poezja śpiewana") - sądząc po ich minach, już przy trzecim kawałku byli wstrząśnięci. Jak zwykle udało nam się niemal opróżnić salę, a koleś przy mikserze należał do mistrzów świata w kategorii "nietypowe sprzężenia" (nie wiem, jak mu się udało osiągnąć takie wyniki, La Monte Young i jego TriWave Generator to przy tym pestka).
Marek pojechał do domu, ja do Krakowa na rozmaite niedzielno-poniedziałkowe zajęcia, wróciłam wczoraj, choruję na zniechęcenie, katar, osłabienie serią brzydkich małych miasteczek, które widziałam z okna autobusu relacji Racibórz-Kraków oraz polska rzeczywistość polityczną, która jest po prostu "disgusting". Jak skończę doktorat i nie dostanę nigdzie pracy, to przysięgam, wyprowadzam się z tego kraju. Przeniesiemy się do Bratysławy, to fajne miasto.

3 komentarze:

  1. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń