Posty

zamagurske tajomstvo

Obraz
Jak widać, Zamagurie ma swoje tajemnice, niektóre i tym razem pozostaną nieodkryte... To, że gablota niezwykle plastycznie ujawniająca zawartość talerzy w restauracji-pubie Nova w Spiskiej Starej Vsi przykuła moją uwagę, miało jednak swoje dalekosiężne konsekwencje. Skoro już zaczęłam czytać gabloty, pomyślałam, to kontynuujmy. I tak - przesunąwszy się nieco w lewo - trafiłam na tablicę ogłoszeń gminnych. Wśród nich widniał inserat zachęcający do kupowania staroveskiego miesięcznika, Zamagurskych Novin, za jedyne 1 EUR, do nabycia w mestskej knižnicy. Ponieważ znakomita część nieodpartego uroku Europy Środka (a zwłaszcza Słowacji) kryje się w bardzo lokalnych inicjatywach i projektach miejscowych zapaleńców, a każde miasteczko i każda wieś nieomal zawsze kryje w sobie jakieś tajomstvo, którego odkrycie sprawia, że nasze życie staje się od razu bogatsze, pełne inspiracji i zachwytu, nie oparłam się i tym razem. Ruszyliśmy dziarsko do mestskej knižnicy po miesięcznik - wywołując przy ...

bigos, tarninowe pułapki i padalec

Jak tylko otwarłam dzisiaj fejsbukową aplikację, od razu wpadł mi w oko post Per Niili. Po szwedzku, ale było z pewnością coś o bigosie. Okazało się, że Per Niila postawił już 10-litrowy gar z bigosem w niewielkiej kwaterze Stoorstålka w Sztokholmie. Niewątpliwie więc podróż naszych samskich przyjaciół na piastowskie ziemie nad Wisłą (hmmm. już raczej ziemie Państwa Wielkomorawskiego, co mówię jako konsekwentna separatystka i zwolenniczka raczej Europy Środka niż Polski) wywarła pewne wrażenie. Z pewnością takie wrażenie zrobił Kraków, sądząc po pytaniach o możliwość wynajmu mieszkania. W takich momentach łapię się na patriotyzmie lokalnym - na co dzień możemy sobie psioczyć na rozmaite krakowskie formy "zakocurzenia" i stagnacji, ale kiedy widzimy w oczach naszych gości niekłamane zauroczenie, to rosną nam serca i złego słowa nie damy powiedzieć na gród celtyckiego księcia Kraka (którego imię ma coś wspólnego z krukiem wg szwedzkiej Wikipedii - powiedział nam o tym Per Niila...

wszyscy mieszkamy w czarnych dziurach

Obraz
Wielkanocną przerwę spędziliśmy w miejscu całkowicie dla mnie egzotycznym, między Dusznikami Zdrój a Polanicą, w górskim domku nad wsią Jawornica, obok Lewina Kłodzkiego, z tarasem otwartym na północny zachód. Za plecami mieliśmy Czechy, telewizor na szczęście nie odbierał żadnych programów, a w radio można było posłuchać czeskiego programu drugiego oraz jakichś rumuńskich stacji. Duża ilość miejscowości z "jawor" w nazwie - zarówno po polskiej, jak i czeskiej stronie - znajduje uzasadnienie, właściwie wszędzie można trafić na piękne, stare jawory: drzewa, które w naszych okolicach należą do rzadkości. Podobnie jak szosy wysadzane liściastymi drzewami, o których M. od razu mówi: "Pożytki pszczele!". Zresztą nasza tymczasowa siedziba ujęła mnie od razu grupą dwóch lip i dębu, które - choć jeszcze bezlistne - promieniowały aurą spokoju. W dobie, kiedy duże drzewa przy domostwach są bezlistośnie okaleczane albo wycinane, takie miejsca są bezcenne. Idealne miejsce na...

w ogródku krokodyla i inne opowieści

Obraz
Stany skrajnego wyczerpania poznaję po tym, że cieszę się na podroż pociągiem. Bo zapadnę się w twardą (zazwyczaj) ławkę, jakby to był fotel lotniczy i z upodobaniem pogrążę w będącej wynikiem pewnego oszołomienia obserwacji życia za oknem, ludzi w przedziale (to wariant mniej korzystny) i na korytarzu (lepiej). Będzie mi wszystko jedno, czy pociąg pojedzie szybko czy wolno, ile razy po drodze zmieni się drużyna kolejarska i jak często skasują mi bilet (na trasie do Poznania zazwyczaj 4-5 razy). Podróże na koncerty mają jeszcze odmienną specyfikę. Mało snu, dużo akcji. Dużo pakowania i rozpakowywania. Dużo rozmów. Dużo nieprzewidzianych zdarzeń natury ludzko-technicznej. Dużo przygód. Pizza z pudełka i piwo w ostanich godzinach baru (bywa). Niektóre hotele łudzą obietnicą, że bar do 1.00, ale to czcze gadanie. Ale właściwie to jest świąteczny czas - z różnych powodów. Bo spotkało się ludzi niewidzianych od lat ...nastu: wpadają znienacka i jest jakbyśmy się rozstali wczoraj, tylko d...

na gigancie

Obraz
Gigant wygląda tak: w piątek wieczorem idzie się do pracy na ładnych 7 godzin (zaczynając pobudką o 6.00 rano, żeby nie stać śpiąc przed grupą miłych młodych ludzi od 8.45), po powrocie siada przed kompem i jak zwykle od tygodni frenetycznie próbuje nadgonić pisanie, o 17.00 wychodzi się z domu, żeby w drodze na imprezkę u znajomych zdążyć jeszcze kupić bilety  Kraków-W-wa-Kraków, dociera się na imprezkę w samą porę około 20.00, wraca się do domu (na szczęście) przed 1.00 (bo się człowiek starzeje), wstaje się o 4.30 i wybiega do iCara, żeby zdążyć na 5.26, w pociągu można umrzeć z gorąca (pociąg nazywa się "Smok Wawelski") nie ma wagonu barowego ani nawet automatu z napojami; nie sposób czytać, bo podróżuje się z grupą kobiet zaangażowanych w jakiś system sprzedaży bezpośredniej a la Oriflame tylko pod inną nazwą i ich rozmowy są jak z kosmosu, więc nie można nie podsłuchiwać; po drodze człowiek stara się nie patrzeć przez okno, żeby nie zobaczyć resztek rozwalonego tyd...

w domu

Obraz
Końcowka pisania - szczególnie w mało sprzyjających okolicznościach (rozumiem przez to setkę pilnych spraw na przedwczoraj, których nie mogę odsunąć na bok, bo zależy od tego większa całość) - może być torturą. Kończąc więc ostatni rozdział ksiązki uznałam, że nic nie polepszy się od tego, że będę drenować całkowicie wyczerpane już zasoby intelektualne i energetyczne. Krótko mówiąc, kiedy padla propozycja: a może wreszcie skitouring? pomyślałam, what the heck, i wsiedliśmy w sobotni ranek do samochodu, żeby udać się w poszukiwaniu śniegu i pustki. W takim przypadku jest oczywiste, że polska, północna strona Karpat odpada (pustka! kto widział pustkę w krainie paskudnych willi z okaleczonymi drzewami?) - to sprawia tylko, że szukanie śniegu jest jeszcze trudniejsze. Nie jest jednak - zwłaszcza przy wieloletniej praktyce - niemożliwe. I tak oto wylądowaliśmy w trzyosobowym składzie u podnóża Wysokiej Skałki, po słowakciej stronie. Tyle razy mijaliśmy to siodło, jadąc na r...

chciałoby się napisać...

Obraz
... zawsze coś innego. Skończyla się pierwsza seria The Killing , zaczęła druga, a ja wciąż chodzę z pomysłem na napisanie czegoś o tym zankomitym serialu. I tak jesczze przez jakiś czas zostanie, to znaczy pomysły będę hołubić i odkladać na specjalną półkę, z której czasami trafiają do mainstreamu, a czasami nie. Póki co, od kilku tygodni piszę, śpię i jem (z rzadka udaje mi się jakaś domowa joga, ale i tak zapominam to odnotować na heiaheia) i skończy się chyba tylko odrobinę lepiej niż w Super Size M e, a to tylko dlatego, że nie objadam się hamburgerami. W międzyczasie pojawia się tysiąc mniej i bardziej irytujących spraw, ale nie zaprzątają mojej uwagi, bo piszę, jem i śpię, i na tyle wystarcza mi przytomności umysłu (a i to nie zawsze). Koncepcja pustki już dawno nie byla tak namacalna. Czasem trafia się jakaś późnowieczorna chwila z muzyką. A jak chwila z muzyką, to tylko winyle. Tak już jest, że słuchanie muzyki z winyla to specjalna jakość - nie chodzi tylko o parametry dźw...

do połowy pusta

Szkoda, że dni spektakularnego śniegu są w mieście takie krótkie. Kiedy pada śnieg, jest cicho. Samochody jeżdża ciszej, ludzie też są jacyś cichsi, przemykają szybko, żeby się schować - obserwuję to czasem wieczorem, kiedy sypie śnieg, z piątego piętra. I już co najmniej kilka razy pisalam tutaj o Dniu PIerwszego Śniegu. Ale jest też Dzień Zbliżającego się Końca Śniegu. I ten dzień właśnie nastąpił. Śnieżyca wczorajsza była typowo wiosenna, przynajmniej ta przedpołudniowa. Powietrze pachnie wiosną. Niestety (i wiem, że są ludzie którzy nie wierzą, że mowię to szczerze). Wiedzą to też sikorki, które odyzwają się już wiosennymi "cucuferkami". A tego roku nawet nie byłam na nartach. Wszystko przez pisanie. W dodatku czuję się zmęczona, pusta, mało kreatywna i niezbyt oczytana. Przejdzie, jak śnieg. Taka zamieć. I gdzieś mam zdjęcie padającego śniegu, ale nie mam siły tego zdjęcia tutaj wkleić (bo trzeba byłoby je zlokalizować na dysku). To zadziwiające, jak lokalizowanie r...

wtf

Chrzanić to. Potrzebuję znowu przestrzeni ekshibicjonizmu oraz prywatnego mnemotoposu, whatever it  really is. O co chodzi? O to, że zgubiłam kilka cholernych kartek z cholernego kalendarza i jedynym sposobem na przypomnienie sobie paru dat - bo, niestety, nie rozmów, nazw i miejsc - okazało się sięgnięcie do tego bloga, do zapisków z 2006. Pisząc książkę, borykam się nieustannie z problemem archiwum, a raczej jego braku i dostrzegam (jak to się ładnie pisze, poniewczasie), że trzeba jednak było zachowywać WSZYSTKO. Stare kalendarze, stare zapiski, zgromadzone czasopisma i wycinki z gazet, ulotki i reklamy, kartki pocztowe i znaczki. To wszystko gdzieś jest; bez wątpienia przeleguje w którymś z pudeł, w jakiejś teczce lub worku foliowym między Krakowem a Nowym Sączem, w dwóch piwnicach i na piętnastu regałach. Brakuje tylko wolnych kilku miesięcy, żeby to sprawdzić. To jest jakiś pomysł, tanie wakacje we własnym archiwum. Powraca, wszystko powraca, w nowej konfiguracji, ale jednak ...

carpooling

Jest taka instytucja za Wielką Wodą, jak car pooling - samochod z więcej niż jedną osobą może korzystać z pasa dla autbusów w mieście. No i przyszedł czas na car pooling - z różnych względów bardzo rzadko tylko udawało mi się zaglądać na niniejszego bloga. I teraz uwaga, njaważniejsze: przenoszę się po sąsedzku na plaśnięcie w budyń , gdzie będę się czasem udzielać jako współautorka. Blog naukowy bez zmian.

Babia

Obraz
Tak było wczoraj na Babiej Górze. Na fotografii nie ma tylko... wiatru, który na samym szczycie wiał z szybkością powyżej 100 km/h. Ledwo mogliśmy utrzymać się na nogach i to mocno zapierając się kijami. Schronisko na Markowych Szczawinach zupełnie, ale to zupełnie inne niż pamiętam sprzed  ekhmm, ...nastu lat. Bo jakoś drogi nie prowadziły w tamtą stronę. Zmieniło się i nie zmieniło jednocześnie. Schronisko ma teraz świetny standard (naprawdę! bez przekąsu), ale jakoś... brak ducha. Mimo rozmaitych pamiątek spod Everestu na ścianach (na przykład obowiązkowy suwenir z Kathmandu, czyli małe sarangi - kto wie, o czym mówię, ten wie; ale też znajome panoramki i inne gadżety). Brak ducha przejawia się na przykład w jakoś zimnym (mimo suwenirow z Himalajów) wnętrzu jadalni, ale najbardziej chyba w obojętnej i niedbałej obsłudze. Rano stoliki pokryte są takimi samymi okruszynami jak wieczorem, na naszych oczach pani "posprzątała" ścierając mopem (nie wiedzieć czemu) miejsce między ...

Inni mają głos

Obraz
A teraz dla odmiany wypowiedzą się Inni (tak było wczoraj na pienińskich bezdrożach):

c.d.

... czyli po prostu ciąg dalszy. Bo to: niewidzialność = obojętność jest z tej samej kategorii, choć z ekologią pozornie nie ma nic wspólnego. Pozornie. To jest ta sama postawa: parkuję na chodniku tak, że matka z wózkiem nie przejdzie, popędzam z niecierpliwością (najczęściej odgłosami wydawanymi paszczą) nieporadnie wysiadającą z windy albo autobusu osobę  i wyrzucam tekturowy kubek w lesie albo do rzeki, albo do rowu koło drogi. Albo resztki z remontu na łące w krzakach na Ruczaju. Wbrew pozorom nie moralizuję. Próbuję wyjaśnić, że zasłanianie się "świadomością ekologiczną", którą trzeba zmienić, psu na budę się naet nie zda. Jest tylko wygodnym wytrychem technokratów. Tematu jeszcze wciąż nie wyczerpałam.

ludzkość to my a my to idioci

Hmmm... tak mi się napisało z rozpędu trochę. Pod wpływem pewnej dyskusji, której fragment przytoczę: " W każdym razie prawdziwe pole do działania jest tam gdzie istnieje zgromadzony kapitał, tylko ten sektor może wprowad zić coś realnie w życie. No chyba, że weźmiemy pod uwagę właśnie możliwość zmian świadomościowych i sił społecznych. Dlatego pomyślałem wcześniej o odpowiednim "marketingu". Chyba zmiana sposobu myślenia będzie tak na prawdę przyczynkiem do polepszenia sytuacji. Na starym torze ludzkość daleko nie zajedzie ;) ..." Dyskusja zainicjowana poprzednim postem oczywiście. Katastrofa na Węgrzech podzieliła los innych katastrof - wiadomości o dalszym ciągu trzeba wyławiać w powodzi tego, co TERAZ i szukać cierpliwie. Chociaż... w dzisiejszych "Faktach" TVNu pojawił się materiał o pociągnięciu do odpowiedzialności kierownictwa firmy i o kontekście politycznym. Kontekst polityczny akurat w tym przypadku właściwie nie ma większego znaczenia. Lew...

o tym, co umyka

Codziennie coś umyka i to jest nieuniknione; właściwie więcej jest tych rzeczy ,które niepostrzeżenie znikają za horyzontem - być może uważność w dzisiejszych czasach jest najtrudniejszym sprawdzianem dla osób na full zanurzonych w zwykłej rzeczywistości, w której DZIEJĄ się sprawy. W każdym razie kiedy po raz pierwszy zobaczyłam wiadomość o katastrofie ekologicznej na Węgrzech, (w postaci charakterystcznego "dymka" z TweetDecka w górnym prawym rogu ekranu) to tylko musnęło mój umysł, zajęty czymś zupełnie innym, terminowym, naglącym i pilnym. Ale w kilka godzin później trafiła mnie nazwa, którą dobrze znam: Ajka. Nazwa stacji kolejowej, którą mijaliśmy kilkakrotnie, jeżdżąc pociągiem z Budapestu do Ljubljany jakieś 3-4 lata temu. Kilka pięknych widoków z okna pociągu, ale dobrze zapamiętanych, jakoś charakterystycznych, myśl, że chciałoby się kiedyś wrócić, poeksplorować na rowerze albo na piechotę z plecakiem... I teraz ta wielka czerwona kałuża, z którą najwyraźniej nie wi...

dym w płynie

Poniedziałek spędziłam w Poznaniu, wtorek (przez chwilę) w Warszawie, między tym były pociągi. I, o dziwo, nie będzie to rant (czyli swobodny strumień świadomości krytycznej i sfrustrowanej). Tym razem TLK Kraków - Poznań był szybki i czysty, a obsługa kumata, a nawet miła (posunięto się do tak daleko idących ustępstw i troski o pasażerów, że konduktorzy nie sprawdzali biletów setki razy każdemu,  tylko pytali "Kto z Państwa się dosiadł"i robili swoje pozwalając ludności - np. mnie - zatopić się w lekturze). Pani z wózkiem z dobrami spożywczymi jeździła bardzo regularnie i nie było problemu z podwójnym cukrem do kawy. Jeszcze większe zaskoczenie czekało mnie we wtorkowe przedpołudnie: kupując bilet na InterRegio firmy Przewozy Regionalne pomyślałam sobie w duchu, jakoś przetrzymam, to tylko 3 godz. 20 minut. Ku mojemu najwyższemu zdumeniu, we wtorek o 9.15 na peronie IV stał pociąg z nowoczesnymi, klimatyzowanymi wagonami tzw. bezprzedziałowymi (ale świeższej daty niż te na t...

Dwójka vs. BBC3

To będzie kolejny rant z cyklu "Polska jako krzywe zwierciadło", więc jeśli ktoś nie lubi tej jazdy i uważa, że w tym się wyraża u mnie brak patriotyzmu (skądinąd to fakt, patriotyzm jest mi obcy organicznie), to najlepiej niech nie czyta. Od kilku dni Dwójka (czyli II program Polskiego Radia) ma nowy design - nosi znaczek "beta", więc może ten mój rant na coś jednak się przyda... i jest... okropny.  Generalnie jest to krok w dobrą stronę, przynajmniej sądząc z tzw. statementu http://www.polskieradio.pl/13/15/Artykul/262537#faq1 Jak jednak wiadomo, diabeł tkwi w szczegółach. Layout strony jest nieczytelny, trudno się połapać w tym, co na antenie, trudno dowiedzieć się o audycjach (zwłaszcza muzycznych) czegokolwiek konkretnego, jeśli nie kliknie się przynajmniej trzy razy. Najgorsze jest jednak to, że dźwięk w streamingu jest po prostu fatalnej jakości - potworna kompresja, która np. u mnie powoduje dobrze słyszalne cyfrowe "echo". Jeśi się słucha klasyk...

Mitteleuropa

I dokonał się powrotny przejazd Budapeszt - Kraków za pomocą kolei słowackich (głównie), węgierskich (po części), busa firmy Strama oraz Szwagropolu. W całości kolejne etapy prezentowały się następująco: Deak Ferenc Ter - Nyugati Palyudvar (metro linia niebieska) Budapeszt Nyugati - Šturovo (pociąg MAV, czyli kolei węgierskich) Šturovo - Nove Zamky (pociąg ŽSR, czyli kolei słowackich, czekał na nas 5 minut, bo przyjechaliśmy z opóźnieniem) Nove Zamky - Šurany (pociąg jw) Šurany - Banska Bystrica (pociąg jw., tyle, że 'rychlik') Žiar n/Hronom - Hronska Dubova (przejazd komunikacją zastępczą) Hronska Dubova - Banska Bystrica (pociąg jw., 'zrychleny') Banska Bystrica - Vrutky (jw., 'rychlik', czekał na nas 10 minut, bo byliśmy opóźnieni) Vrutky - Liptovsky Mikulaš (jw.) Liptovsky Mikulaš - Zakopane (bus firmy Strama) Zakopane - Kraków (Szwagropol) Borek Fałęcki - nasza 'wieża' Czas przejazdu: nieco ponad 12 godzin. Nie do wykonania w Polsce, gdzie pociągi (...

Kalmuk Dance Night

I jeszcze konieczne post-scriptum: wieczorem trrafiliśmy na imprezę folklorystyczna w stylu "Kraj Rad śpiewa i tańczy", czyli ulubione gdzieniegdzie i u nas opakowanie ttradycyjnych form muzycznych w baletowo-operowo-campowy entourage. Szybko jednak przestałam snobistycznie i protekcjonalnie myśleć wg takich właśnie, jak wyżej, schematów. No i co z tego, że entourage sztuczny i nadęty nieco (i jakże campowy jednocześnie), kiedy tancerze i śpiewacy, poczatkowo spięci, w końcu zaczęli cieszyć się tym, co robia? Mieli z tego kupę frajdy, podobnie, jak spora grupa ludzi z Azji Środkowej wśród publiczności. A zupełnie już przestaliśmy wybrzydzać, kiedy na scenę wkroczył młody chłopak z tradycyjnymi instrumentami smyczkowymi i "odpalił" alikwoty, zwane u nas śpiewem gardłowym i kojarzone wyłacznie z Tuwa. Warto było przyjść do Hagyomanyok Haza wyłacznie choćby dla jego kilkuminutowych trzech wystapień wtłoczonych w ten monumentalny w formie, ludyczny w treści folklor. Prz...

compassion without religion

Dzisiejszy dzień spędziłam w większości siedzac, słuchajac i starajac sie rozumieć, co wcale nie jest takie łatwe. Bez gruntownej podbudowy filozoficznej nie jest łatwo nadażyć za tokiem rozumowania Jego Światobliwości - jest oczywiście ten poziom nauk najprostszy z możliwych i do zrozumienia dla każdego, ale sa też momenty, kiedy naprawdę trzeba wysilić umysł. Dalajlama jest też świetny w odcinaniu korzeni new age'owych mistycyzmów. Jedno z pytań dzisiejszej sesji Q&A brzmiało mniej więcej tak: czy to prawda, że czakra serca znajduje się na Węgrzech? Głęboki, sppntaniczny śmiech Jego Światobliwości starczył za odpowiedź i wkrótce prawie 22 tysiace ludzi także wybuchnęły śmiechem. Pamiętam podobna sytuację podczas sppotkania w radiowej Trójce przed laty, kiedy jedna z takich new age'owych dziennikarek zapytała o jakaś tajemna praktykę tybetańskiej jogi. Śmiech Jego Światobliwości również wtedy zabrzmiał bardzo oczyszczajaco. Najbardziej jednak utkwiło mi dzisiaj w głowie z...