Posty

guilty pleasures

Z cyklu "guilty pleasures": The Cure, płyta z 1982 roku, "Pornography" (np. Hanging Garden ). Kiedy słucham dzisiaj z iTunes, brakuje mi kiepsko wyregulowanej głowicy w niezapomnianym magnetofonie kasetowym marki Kasprzak cca. 1986. Ta płyta  w wersji cyfrowej brzmi nie aż tak porywająco, jak lekko "falująca" wersja z kiepsko skopiowanej - tak, pirackiej, ale czy wtedy mieliśmy inne? - kasety, którejś tam kolejnej wersji oryginału. Nawet nie umiem ocenić, czy ta płyta w ogóle jest dobra. Budzi taki sam dreszcz emocji, jak cca 1986. Ostatnia klasa podstawówki, letnie wakacje, niewiadoma, a później pociąg Kraków-Zakopane w regularnych odcinkach czasu. Początek WSZYSTKIEGO. P.S. Po namyśle: może to był magnetofon Grundig. Nie pamiętam. Za pierwsze samodzielnie zarobione pieniądze (3 tygodnie wyrywania chwastów w pełnym słońcu, cca. 1985) kupiłam sobie sobie... radio. Z cyklu osobista historia medialna.

przed północą

Obowiązkowo Transmission Joy Division. Dlaczego? Nie mam pojęcia. Dance Dance Dance Dance Dance to the Radio.

wspólnota

I teraz dzielę ten profil na dwa blogi: jeden jest właściwie naukowy , drugi ten właśnie mój osobisty, prywatny. Niegdyś ktoś w komentsach dość nieżyczliwie porównał to ujawnienie do dzienniczka pensjonarki. Well, co tu kryć, kochałam Polyannę...ale nigdy nie prowadziłam żadnego pamiętnika. Ten blog jest prywatny i mam na myśli prywatny, czyli piszę, co chcę i właściwie robię to dla siebie. Jeśli są czytelnicy, to bardzo jest mi miło, ale gdyby czytelników zabrakło, to też będę tu pisać. Żeby poskładać w iluzoryczną całość to, co rozproszone, pocięte na drobne kawałki, ulotne i skazane na zapomnienie. Próbuję sobie teraz czasem przypomnieć: jak to było siedzieć przy oknie na 9-tym piętrze, przez którego szpary sypał śnieg przy mocniejszych podmuchach wiatru i wsłuchiwać się w sygnał modemu, czy wreszcie połączy się z magicznym numerem 0-22 ileś-ileś i... no właśnie, nawet nie pamiętam tego numeru, a zawieszone na nim było pół mojego ówczesnego życia. Albo jak instalowałam pierwszy raz ...

przedwiośnie, czyli żyć się nie da.

Jak w tytule. Głęboko znienawidzona przeze mnie temperatura, czyli około plus 2 stopnie i deszcz ze śniegiem. Nawet wizja jutrzejszych nart na Chopoku jawi się jakoś mniej atrakcyjnie. Wszystko jawi się jakoś niej atrakcyjnie, zwłaszcza cokolwiek, co wymaga wyjścia z naszej wieży na Bobrzyńskiego. Tyle obowiązkowych lamentów. Znowu dwa tygodnie bez blogowania, jakoś chwilowo energia została z tego bloga wyssana, to się już zdarzało. No i może jeszcze dobijająca końcówka pracy nad tekstem "Bio Mapping Christiana Nolda - transmedialna retoryka wędrowna" do książki pokonferencyjnej (dwa miesiące po deadlinie!), kolejne trzy do napisania czekają + koncepcja rozdziału podręcznika. Ciekawe, ile wpisów osiągnę do czerwca.

sporty zimowe

I wyszło na moje - w sportach zimowych jesteśmy mocni :-) Jestem wprawdzie niepocieszona, że nie ma Polakow w żadnych sportach alpejskich (nie licząc zawodniczki, której nazwiska nie pamiętam i nie chce mi się sprawdzać, ale i tak szanuję za próbę startu w ogóle), ale co tam... Kibicowanie Justynie Kowalczyk na przemian z kibicowaniem Wielkiemu Bode to jedna z najfajniejszych okazji sportowych roku - i nareszcie przydał się Eurosport. Zwłaszcza po wyłączeniu polskiej ścieżki jęzkowej (choć komentatorzy tutaj to i tak szczyt profesjonalizmu w porównaniu ze studiem TVP, jak donieśli Znajomi Królika). Okazje sportowe ujawniają wszelkie narodowe psychozy, m.in. tendencję do popadania w skrajności (emocjonalnie niezrównoważenie na miarę borderline personality). A Bode jest wielki, nawet, jeśli odpadł z giganta, bo ma osobowość i stać go na totalną niezależność. Słuchać już nie mogę o "klątwie Fortuny" (zawsze to lepiej zrzucić winę na "czynniki magiczne" niż na nieudolno...

L'incoronazione di Poppea

Muszę zapisać, bo inaczej zapomnę: genialne wykonanie opery Monteverdiego L'incoronazione di Poppea w wydaniu zespołu La Venexiana (właśnie skończyłam oglądać na Mezzo, nie mogłam się oderwać prawie przez trzy godziny). Głosy solistów wydają mi się idealnie odpowiadać wrażliwości i smakowi muzyki Monteverdiego. Z Monteverdim mam niezłą jazdę, WSZYSTKO tego kompozytora trafia mnie absolutnie celnie - a opery właściwie nie lubię, z wyjątkiem Monteverdiego, Roberta Ashley i Meredith Monk :-). Jak mój ukochany utwór wszechczasów, czyli Lament Nimfy z Ottavo Libro dei Madrigali (w pewnym sensie był bohaterem filmu Agnes Jaoui z 2004 r. Comme une image , czyli w Polsce Popatrz na mnie ). W wersji La Venexiany jest nieco odmienny niż u Rinaldo Alessandriniego. Jak tylko kiedykolwiek i na jakimkowiek nośniku ukaże się Koronacja Poppei La Venexiany, to proszę siły kosmiczne, żeby skierowały to na moją półkę. I co zrobić, wysupłam pewnie tę koszmarną kasę, żeby ich usłyszeć na Misteria Pa...

Inukshuk

Za 2 dni zaczyna się kolejna olimpiada zimowa - tym razem w Vancouver. Choć takie imprezy wzbudzają mieszane uczucia, zwłaszcza jeśli chodzi o ochronę przyrody i relacje z tzw. indigenous people (wystarczy wspomnieć, że w Lillehammer w 1994 nie zaśpiewala Mari Boine, nie chcąc być traktowana jako "token", czyli wymówka organizatorów mająca pokazywać ich szlachetne intencje), to igrzyska w Vancouver odrobinę się różnią pod tym względem: symbolem igrzysk jest Inukshuk (a właściwie przyjęty w całej Kanadzie Inalaak), czyli znak służący do orientacji w terenie, ale także coś w rodzaju ducha opiekuńczego Inuitów, siłę, która ma nas w swojej opiece, kiedy jesteśmy w podróży. Ciekawe, czy polskie media to w ogóle zauważą? Po drugie, zimowej olimpiadzie w Vancouver towarzyszy też projekt społeczny - sponsorowany pzrez Nike, nic dziwnego (dobrze znamy te strategie) - faktem jest jednak że dla wielu dzieciaków z osad na kanadyjskiej Północy, gdzie nie prowadzi żadna droga ani kolej, ...

dear reindeer

Obraz
Tym razem dłuższa przerwa w zapiskach oznacza tygodniowy wypad na (dość) daleką Północ, czyli do Jokkmokk. Śmiejący się renifer obok dobrze obrazuje moje tam samopoczucie. Ciągle nie potrafię za bardzo ująć w słowa mojego szaleństwa arktycznego - nie ulega jednak wątpliwości, że jest to coś w rodzaju arctic fever , bo jak tylko widzę przed sobą otwartą przestrzeń pokrytą śniegiem, to natychmiast ruszam przed siebie bez zastanowienia. Kto by pomyślał, że taką przyjemność może sprawiać mroźne powietrze, słońce i śnieg po pas... Nawet w -26 stopniach czuję się ekstatycznie, choć uśmiech lekko zamarza na twarzy. Zdecydowanie przypomina to inne formy oszołomienia. Jokkmokk było bajkowe, wiedzieliśmy, że jest bajkowo już na lotnisku w Lulei. Sama się zdziwiłam, jakim zaskoczeniem może być to, że śnieg jest tak bezwarunkowo, oślepiająco biały. Po krakowskiej brei (a nawet niżej w Tatrach wprawne oko może dostrzec na powierzchni dłużej leżącego śniegu lekki osad z sadzy). I kiedy jest go tak d...

na Północ!

Rok zacząl się też nieszczególnie, jeśli kontynuować poprzedni wątek, bo ostatnie 4 tygodnie upłynęły pod znakiem totalnego zmęczenia, wyczerpania i wypalenia. Nie tylko z powodu nawału pracy; również ze wzgledu na to, że często była to sytuacja mocno stresująca. Może dlatego bardziej logiczne wydaje mi się to, że styczeń jest osttaniem miesiącem roku księżycowego. Zawsze czuję, że to miesiąc najtrudniejszy w roku. A jutro uciekam na Północ , do pustki, śniegu i mrozu. To nic, że podczas Jokkmokk Markand trudno o taką zupełną pustkę, bo dla miasteczka to okres największego w roku ruchu, a Jokkmokk to jeszcze daleko od tundry. Wizja spaceru nad jeziorem, kiedy długo wschodzi słońce ok. 10.00 (bo już wschodzi!) i tak jest jednak kusząca - a tym razem będą zaprzęgi reniferowe i warsztaty joiku. W Skandynawii smak pustki kryje się właściwie na każdym kroku i ma to coś wspólnego z emcocjonalną oszcżędnoscią kultury luterańskiej, bliskiej w niektorych aspektach oszczędnej estetyce buddyzmu z...

Kocia R.I.P.

Rok zaczął się nieszczególnie - to kolejny powód, dla którego chyba wolę kalendarz księżycowy, czyli taki, w ktorym początek roku wypada wraz z nowiem w lutym. W sobotę ok. 15.00 zmarła Kocia. Przetrwałyśmy razem 17 lat, kilka mieszkań, różnych facetów, różne konfiguracje. Od jakiegoś czasu było wiadomo, że umiera, ale te ostatnie godziny i tak były poruszające, zwłaszcza ostatnia doba, kiedy bardzo szukała naszego towarzystwa i spokojna była tylko wtedy, kiedy któreś z nas trzymało ją na kolanach, nie mogła już pod koniec chodzić, stopniowo traciła siły (najpierw powłóczyła tylnymi nogami zataczając się jak po narkozie, a później już po prostu leżala na sofie). Cieszę się, że odbyło się to bez medycznej interwencji - zadzwoniliśmy wprawdzie do pani weterynarz (przy okazji: przychodznia weterynaryjna na Chmieleńcu to naprawdę świetni fachowcy i ludzie rozumiejący zwierzęta oraz ich właścicieli), bo wydawało się, że kot bardzo się męczy, ale były to ostatnie chwile i po upływie 20 minut...

pieśni miłosne i ragi tęsknoty

Ta informacja dotarła do mnie z powietrza, nawet dosłownie, bo staliśmy na przystanku na Dietla/św.Agnieszki czekając na 128, a ja z nudów zaczęam się bezrefleksyjnie wgapiać w plakat Filharmonii, aż mój wzrok przykuły znane - acz niezwykle rzadko pojawiające się w tych szerokościach nazwy: dholak, sarod, zarb. Nawet w największą, najbardziej paskudną i mokrą krakowską szarość te słowa mogą mnie zelektryzować i tak też się stało. Upewniłam się jeszcze, że to nie przywidzenie, prosząc M. o potwierdzenie, czy widzi to samo ja. On też widział, że plakat Filharmonii zaprasza na koncert "Two Worlds of Modal Music" z Dominikiem Vellardem śpiewającym średniowieczne pieśni miłosne i chorał gregoriański oraz Kenem Zuckermanem na sarodzie, Kayvanem Chemirani na zarbie i Prabhu Edouardem na tabli. Zakupiłam więc bilety następnego dnia, można było dostać jeszcze w drugim rzędzie i tak oto wczoraj zasiedliśmy w sali Filharmonii nie bez pewnego sceptycyzmu, bo projekty typu crossover trąc...

browsing się

Niewiele spamów przechodzi przez filtry mojego adresu pocztowego (o dzięki, firmo Ceti i mam nadzieję, że nie zapeszę), ale jeśli już się pojawi jakaś wiadomość raz na miesiąc, to od razu jest to małe dzielo sztuki: Hello Dearest, i am Kaniz by name. i was just broswing now and come across your profile. which interested and motivated me all over. l will also like to know more about you so please reply this message to ( raninhiany2009371@yahoo.com ) , so l can give you my picture for you to know whom l am. I believe we can move from here!(Remember the distance or colour does not matter but love matters alot in life) Thanks yours new friend Kaniz. ....................................................................... Hello Dearest, Jestem Kanica nazwy. Właśnie broswing się i spotkać swojego profilu. które zainteresowanych i zmotywowały mnie wszystkim. l będą również wiedzieć więcej o tobie tak prosimy o odpowiedź na ten komunikat (raninhiany2009371@yahoo.com), więc l może dać Ci moje zd...

avatar

Krótko: ekstra. Wiadomo, że James Cameron to nie Tarkowski i jeśli ktoś oczekuje intelektualnej głębi, to sam /-a sobie jest winna, ale "Avatar" jest naprawdę wielką frajdą (oczywiście w 3D). Już widzę, że w Polsce oczywiście poajwiły się typowe dla naszej nacji głosy "po całości" wywalające film i jego twórcow do zsypu, ale... hola, hola. Kraj, którego przemysł filmowy zdolny jest co najwyżej do wyprodukowania kolejnych (słabszych) wersji Krzyżaków i innych lektur szkolnych, ewentualnie kolejnych depresyjnych, pseudointelektualizujących i pseudokrytycznych wizji wiejskich wesel, powinien czasem wziąć na wstrzymanie. Są w "Avatarze" słabizny (m.in. generał, który miał być diaboliczny, a jest groteskowy i parę innych takich), ale generalnie - big fun. Dawno już tak szczerze nie zachwycałam się w kinie z powodu niekłamanej przyjemności wzrokowej. Generalnie najbardziej chyba zgadzam się z tą recenzją . Fajnie w każdym razie wrócić do czasów późnego dziecińst...

ostatnie godziny

Wypada podsumować: proste statystyczne zestawienie pokazuje mi, że był to rok dosyć szczególny - udało mi się utrzymać dyscyplinę i blogowalam pilnie przez cały rok. Między innymi z tej okazji piję szampana i zaraz odpalamy naszą fajkę wodną. Dookoła strzelają (sztuczne ognie), słuchamy Frode Haltli z Mają Ratkje a wcześnije Anoura Brahema i Stephena Micusa, jeszcze wcześniej mojego ulubionego BBC 3 i myślę sobie, oby jak najmniej było przełomów i rewolucji, żeby wszystko szło swoim torem, było jak zwykle płynne, zmienne i niestałe, żeby nie było mnie stać na luksus powiedzenia: to już tu, dalej nie idę.

piraci?

Wczorajszy dryf w poszukiwaniu buddyjskiego kalendarza firmy Tushita oraz strun do gitary upewnił mnie w tym, że istnieją jednak na tym świecie pewniki. Jedno ani drugie nie zostało znalezione (od roku mniej więcej 1998 testuję z mizernym zazwyczaj skutkiem rozmaite sklepy muzyczne na okoliczność strun "12"-tek Dean Markley do gitary elektrycznej, z grzecznosci nie mówię sprzedawcom, co mogą sobie zrobić z oferowanymi mi nieodmiennie D'Addario), przekopaliśmy za to wszystkie kalendarze na półkach Empiku w Galerii Krakowskiej oraz w Rynku. Zadowoliliśmy się, z braku Tushity, pięknym skądinąd kalendarzem "Tibet 2010" TeNeues. Gdyby ktoś gdzieś przypadkiem namierzył kalendarz firmy Tushita (albo inny) z buddyjskimi świętami, to proszę o cynk - ale pewnie kupię go po prostu w Sztokholmie w lutym (na rok 2009 kupiłam kalendarz w Montrealu albo Londku). Przy okazji jednak Empikowego dryfu zawiodły nas wiatry ku półkom z płytami i... doznaliśmy urazu (też niezmiennego)...

handy andy

Obraz
Już jakiś czas noszę się z nowym pomysłem, ale ponieważ cierpię na ich poważny nadmiar, to nauczyłam się...przeczekiwać. Samoograniczenie w inwencji to w moim przypadku konieczna strategia przetrwania, choć nie obywa się, oczywiście, bez kosztów własnych innego rodzaju. W każdym razie mniej więcej około połowy roku miałam taki przebłysk, kiedy najpierw zaskoczył mnie niezwykle złożony i przestrzenny dźwięk miotły, która ktoś na Plantach zamiatał jakieś śmieci, dosyć wcześnie rano to chyba było, a później, kiedy mniej więcej w tym samym czasie usłyszałam nocą sowy odzywające się na nowymi budynkami Osiedla Europejskiego. Pomyślałam sobie, że interesująco byłoby prowadzić rodzaj sound journala. Nie wprowadziłam tego na razie do realizacji, ale mój soundwalk z tundry już jest gotowy i 200 płytek czeka na odbiór w dogodnej chwili. A od dzisiaj jestem bardzo szczęśliwą posiadaczką Zooma H2, bardzo poręcznego sprzętu do nagrywania (nagrywa w WAVach i MP3kach, a zatem jest idealny do podcastó...

końcowka

Końcowka roku przyniosła oslabienie i zaniechanie, to fakt. Ostatni wpis tutaj miał miejsce prawie 20 dni temu! Co jakiś czas kryzysy się zdarzają. Mam za sobą inaugurację sezony narciarskiego pod Rohaczami, jazda na nartach przy -17 stopniach była przygodą nie lada, ale za to można było najeździć się ile dusza zapragnie, nawet jeśli udostępniona była tylko jedna trasa. Po raz kolejny przyszło mi stwierdzić, że narty to jedna z największych przyjemności, jakie znam. A teraz już prawie święta, które średnio lubię i z obserwacji wynika, że jakaś połowa populacji także lubi je rownie średnio. Wszystkim cierpiącym i nie życzę, żeby zawsze mieli na co czekać i żeby zawsze mieli o czym marzyć. Żeby było jakieś "gdzie indziej", "tam" i żeby to, co za horyzontem było bardziej kuszące, ale żeby to, co teraz było jak najbardziej odczuwalne i namacalne. I Ciepła, Światła, Energii. Na ten rok i wszystkie pozostałe. I żeby pociągi, do których wsiadamy, zawsze były ogrzewane.

Dzień Drugiego Sniegu

Jest! Bardzo anemiczny i opieszały, ale jednak! Pada śnieg! Marzy mi się prawdziwa zamieć śnieżna, mam nadzieję, że jeszcze kiedyś taką w życiu zobaczę - gołym okiem widać, że zmiany klimatyczne to nie bajka ani teoria spiskowa, a jednak w sondzie Onetu przytłaczająca większość uznała, że to wymysł. Tak łatwo sterować tłumem w Polsce, że czasami aż strach człowieka ogarnia. Wystarczył artykuł o jakichś nie do końca jasnych zabiegach hackerów z Rosji, którzy rzekomo wykradli "tajne" dane. Coraz częściej myślę o tym, jaka to ogromna strata - Arktyka powoli odchodzi w przeszłość. Póki co, zaglądam, co słychać na głównym placu w Kirunie . Obraz odświeża się co 30 sekund, więc można potraktować tę kamerkę prawie jak telewizję. Słońce rzeczywiście nie podnosi się zza widnokręgu, ale i tak jest znacznie jaśniej, niż pod grubą krakowską zasłoną z szarych mgieł. Kilka dni temu skończyłam "Vággi Várri", która już jest w tłoczni i lada moment na świecie będzie 200 sztuk płyty,...

R.I.P. Jack Rose

No pora wreszcie ocknąć się z niechęci wobec... mniejsza z tym. Life's hard. Tym bardziej, że w zabieganiu, totalnym stresie, nawale pracy, gonitwie myśli uporczywie krążących wokół potrzeby zyskania miejsca na pustkę, ciszę, świeżość i śnieg (ewentualnie także muzykę, która nie przychodzi łatwo między starannie wyliczonymi w minutach odcinkami czasu) zdarza się zazwyczaj uderzenie znienacka. Lub dwa. Po pierwsze: black out, zanik pamięci/świadomości, w środku zajęć. Po drugie: zmarł Jack Rose . Miał 38 lat, mój rówieśnik. Spotkaliśmy się jakieś 8 lat temu, jego akustyczny set otwierał nasz wspólny koncert z Bardo Pond w Filadelfii, w marcu 2001 roku. Słuchając jego solowego występu zrozumieliśmy kilka ważnych rzeczy, m.in. to, jak cenna jest różnorodność, jakie piękno kryje się w amerykańskiej gitarze akustycznej traktowanej z wirtuozerią i uczuciem, po co w ogóle warto to robić. Zawsze będę podziwiać kilku muzyków z tamtego kręgu (i kilku znajomych z bliższych miejsc), którzy - n...

no cdn.

cdn. nie będzie, przynajmniej na razie, rzadko cdn. się spełniają, odkąd skończyła się forma powieści w odcinkach. Za to po czymś, co uznaję za pierwszy haterski atak w historii tego bloga (krótkiej) i co wnikliwi dostrzegą w komentsach, postanowiłam - dla odświeżenia i oddechu - co nieco zmienić. BTW: komentsy są tutaj edytowane, co oznacza, moi złociutcy, że zanim się pojawią, to muszę je zaakceptować, akceptuję w zasadzie wszystko z wyjątkiem spamu (jeśli przejdzie przez filtr) i wulgaryzmów, a zatem nie wycinam wpisów haterskich. Zmiana jest dość radykalna - anglojęzyczna nazwa dotychczasowa mogła niektórych nieco mylić, bo niewiele miała wspólnego ze slangowym znaczeniem, a była związana z... Kocią, która występowała swego czasu jako Kootsie Abura. Ech, let it be. Haterski koments stał się jednak dla mnie pewną cezurą, ale też sygnałem na słuszność powiedzenia "uderz w stół....". Podwójnie albo potrójnie mi średnio, z wielu powodów. Najmniej z powodu meritum wpisu, najba...