Posty

no cdn.

cdn. nie będzie, przynajmniej na razie, rzadko cdn. się spełniają, odkąd skończyła się forma powieści w odcinkach. Za to po czymś, co uznaję za pierwszy haterski atak w historii tego bloga (krótkiej) i co wnikliwi dostrzegą w komentsach, postanowiłam - dla odświeżenia i oddechu - co nieco zmienić. BTW: komentsy są tutaj edytowane, co oznacza, moi złociutcy, że zanim się pojawią, to muszę je zaakceptować, akceptuję w zasadzie wszystko z wyjątkiem spamu (jeśli przejdzie przez filtr) i wulgaryzmów, a zatem nie wycinam wpisów haterskich. Zmiana jest dość radykalna - anglojęzyczna nazwa dotychczasowa mogła niektórych nieco mylić, bo niewiele miała wspólnego ze slangowym znaczeniem, a była związana z... Kocią, która występowała swego czasu jako Kootsie Abura. Ech, let it be. Haterski koments stał się jednak dla mnie pewną cezurą, ale też sygnałem na słuszność powiedzenia "uderz w stół....". Podwójnie albo potrójnie mi średnio, z wielu powodów. Najmniej z powodu meritum wpisu, najba...

magic carpathians

Obraz
Dobre podróże mają to do siebie, że dzialają z opóźnionym zapłonem. To znaczy uruchamiają wyobraźnię jeszcze długo po tym, jak się z podróży wróciło. Tak jest również tym razem - trzy dni spędzone w głębi Transylwanii upłynęły nadzwyczaj szybko (zwłaszcza powrót non-stop z Cluj-Napoca via Oradea, Debreczyn, Miszkolc, Koszyce i Nowy Sącz: jakieś 11 godzin drogi biorąc pod uwagę godzinne przesunięcie czasu między Węgrami a Rumunią), ale taśma kręci się dalej i łapię się na szperaniu w sieci i sprawdzaniu jakichś szczegółów dotyczących XIX wiecznej historii Cluj albo sprawdzaniu, przez jakie wioski Maramureszu właściwie przejeżdżaliśmy. Jakoś tak się ułożyło, że przez Rumunię głównie przejeżdżam, ale zawsze jest to przejazd brzemienny w jakieś skutki i niebanalny, nie polega tylko na pochanianiu przestrzeni. Tym razem także padał deszcz, było niezwykle szaro, co pokazuje zdjęcie brzegu Cisy w Tokaju. Za Koszycami, w Encs, skręciliśmy z dobr ze znanej E71 w lokalną drogę przez Abáujkér i T...

Cluj-Napoca

Jutro o 6.00 rano będę już siedzieć w samochodzie, w drodze do nieoficjalnej stolicy Transylwanii, czyli Cluj-Napoca. Transylwania ostatnio kojarzy mi się głównie ze znakomitym filmem Tony'ego Gatlifa, w którym mistrzostwo pokazała rownież Asia Argento, pewnie więc będę w podróży rozglądać sie za filmowymi krajobrazami i klimatem. Jakiś mini-dziennik podróży powinien się pojawić w stosownym czasie. Największą zaletą tej podróży jest potencjalna zupełnie, acz zdaje się, że realna, możliwość Wyjścia Poza Mgłę Krakowską. Nawet jak dla mnie - fanki Arktyki - trochę tej mgły too much. Zresztą, na Północy nigdy nie bywa TAK ciemno i TAK szaro.

mglisty poniedziałek

No więc mglista niedziela JEST lepsza niż mglisty poniedziałek, zwłaszcza taki, w którym ma się 6 godzin zajęć, z czego 4 z pierwszym rokiem (są oczywiście wyjątki od reguły, ale pierwszy semestr na pierwszym roku upływa głównie na a) oduczaniu delikwentów szkolnego infantylizmu b) przyzwyczajeniu do tego, że na zajęciach się myśli, a nie śpi c) znoszeniu (dość cierpliwie) mimowolnej impertynencji i poczucia humoru w stylu "zabawiam szkolną wycieczkę i jestem gwiazdą"). Ech, zżymam się, bo najbardziej na świecie frustruje mnie niemożność nawiązania ludzkiego kontaktu. W tych wszystkich dyskusjach w stylu "Wyższa Szkoła Wstydu" albo "Koniec Akademii" strasznie mnie wkurza to, że nikt jakoś nie zada sobie trudu, żeby sprawdzić, jak wyglądają "reading assignments" w najlepszych uniwersytetach, do których wszystkim tak spieszno - tam nikt się nie przejmuje, że studentom trudno jest przeczytać 60 stron z tygodnia na tydzień i raczej nie ma litości da ...

mglista niedziela

jest lepsza niż mglisty poniedziałek. Ale czy na pewno?

Rumunia

Obraz
rumunia 2002 , originally uploaded by nytuan . W tym wszystkim zapomnialam zupełnie, że w przyszłym tygodniu wyjeżdżam na kilka dni do Rumunii - ciekawe, swoją drogą, na którym z twardych dysków znajdują się fotki z awanturniczej wyprawy do Rumunii i Republiki Mołdowy z 2002 roku... I przypomnialam sobie właśnie pisząc to zdanie, że są! są! są! Wszystko oczywiście dzięki sieci. Są w moim foto streamie na Flickrze . Bardzo długo więc nie byłam w Rumunii i ciekawa jestem, jak teraz będzie, mam nadzieję, że zobaczę kilka podobnych obrazków, jak podczas tamtej podróży. Póki co, jestem kompletnie wykończona, ale skończylam wreszcie zaległy artykuł i teraz pławię się w poczuciu dobrze wypełnionego obowiązku (tym, bardziej, że nie potrwa ono długo, bo cała kolejka już czeka). Na szczęście przemiła Pani z Privatloggi i Jokkmokk znalazła dla nas pokoik na czas Jokkmokk Marknad (a to najtrudniejsza część przedsięwzięcia - znaleźć w tym czasie nocleg w miasteczku, hostel zresztą już w całości zaj...

aargh 2

Już po napisaniu poprzedniego przypłynęło do mnie to: Jak mówią w kilku miejscach na świecie: "made my day". http://enter.bloog.pl dzięki!

aargh

Skończyła mi się chwilowo wena do tytułów postów. W ogóle chwilowo skończyła mi się wena. Lepiej nawet tego nie ubierać w słowa, bo po co dręczyć świat swoimi niżami energetycznymi? Let it be. Rok temu było podobnie. Pewnie to kwestia banalnego przestawienia się na tryb jesienno-zimowy, choć dostrzegam też zalążki poważniejszego kryzysu, o którym wolę nie myśleć, całe szczęście, że są obowiązki, terminy i teksty do napisania. Nie chciałabym na razie móc się zastanawiać, po co to w ogóle robić. W każdym razie wizja hodowli psów za kręgiem polarnym (albo jeszcze lepiej, reniferów) nawiedza mnie w dalszym ciągu. Dzisiaj śniło mi się, że zbiegłam w dół jakąś leśną polaną, a później nie mogłam wrócić, bo po drodze kłębiły się rozmaite trudności, w tym pożar torfowiska i jakieś zardzewiałe blachy. Wyraźne, plastyczne sny to zazwyczaj zwiastun choroby, ale mam nadzieję, że joga dwa razy w tygodniu załatwi to za mnie (w tym sensie, że będzie, co ma być - zachoruję albo nie). Fascynuje mnie zre...

tundra calling - flashback

Ten zew tundry to może również dlatego, że nareszcie skończyłam pracę nad nagraniami na płytę "Vaggi Varri", która ma być takim bardzo intymnym śladem słuchania, a właściwie zupełnej immersji w środowisku przesyconym wodą - wodą padającą z góry, płynącą po ziemi i życiem ptasim nad brzegami. Jakoś tak w drugim dniu trekkingu złapałam się na tym, że ten element wody jest decydujący i że zupełnie inaczej słucha się przez mikrofon ze słuchawkami na uszach. A teraz kodowałam ścieżki (po uprzednim wyczyszczeniu, co przy bardziej wietrznych lokalizacjach było dość upiorną robotą) do formatu "binaural", opracowanego specjalnie do słuchania na słuchawkach. Nawet teraz odkryłam jakieś kolejne warstwy dźwiękowe (oczywiście "wodne"): na przykład krople deszczu kapiące na mikrofon tworzą interesujący podkład rytmiczny o własnych zagęszczeniach i rozrzedzeniach. Tytuł objawił mi się w Nikkaluokta, gdzie jeden z domków noclegowych nazywał się "Vaggi", a drugi ...

tundra calling

Powinnam robić coś zupełnie innego, ale ten jasny listopadowy już dzień przypomniał o tundrze i dalekiej Północy, mojej głównej obsesji od jakiegoś czasu. Planuję więc lutową wyprawę za krąg polarny, do Jokkmokk na Jokkmokk Marknad, czyli kilka dni z reniferami, szalonymi imprezami w namiotach lavvo ustawionych w centrum miasteczka oraz joikiem. Nie ma jeszcze dokładnego programu, ale wiadomo, że Jokkmokk Marknad w 2010 odbędzie się między 4 a 6. lutego (nie licząc tzw. historisk Jokkmokk Markand). Ech, nie mogę się już doczekać, może tym razem uda się także ruszyć na narty do parku narodowego Muddus - szkoda tylko, że mój ulubiony Norwegian nie lata już z Krakowa do Sztokholmu... Pozostaje Wizzair (lata z Katowic na lotnisko Skavsta, którego nie lubię) + Norwegian do Lulei. To jest projekt, dla którego warto zmagać się z tutejszą zimą-niezimą i codzienną szarą mgłą nad Krakowem.

traveller's time part 2.

Oczywiście, że poprzedni post jest trochę insiderski i bardzo enigmatyczny. I niech tak zostanie, na wypadek, gdyby jeszcze kiedyś ogarnęły mnie jakieś pokusy ZAANGAŻOWANIA, przez co muszę znosić katusze przebywania nie w tym miejscu, nie z tymi ludźmi i nie w tym czasie. Wątpliwości to nie kwestia procesu myślowego nawet, ale raczej (bywa coraz częściej) wglądu, dość szczególnego rodzaju olśnienia, przed którym trudno się schować (głównie przed samą sobą); coś jak nadzwyczaj wyostrzona wizja, kiedy widzi się znacznie więcej niż by się chciało. A w podróży z Poznania (w trakcie koejnych zmagań z PKP) przyplątał się do mnie demon. To nic, że przybrał formę małej, na oko 7-letniej dziewczynki i jej mamy; to nawet się zgadza (zawsze przy tej okazji przypominają mi się niektóre buddyjskie thanki). Trudno powiedzieć, co było gorsze - dziewczynka wychodząca na korytarz przeciętnie 3 razy na minutę i starającej się usilnie mnie potrącić prawie za każdym razem (nie muszę chyba dodawać, że sie...

traveller's time

Chciałoby się powiedzieć, niestety. Sens rozpadających się wspólnot, których nie da się odtworzyć, złudzenia traci się po jednym na każdą okazję i wystarczy. Nie ma powrotu. "Lepiej rozmawiać z prostymi ludźmi, z intelektualistami to tylko problemy są, zawsze mają jakieś wątpliwości". To o "robocie politycznej" w rodzaju zbierania podpisów pod Różnymi Ważnymi i Słusznymi Petycjami i Inicjatywami Ustawodawczymi. Wszystko jest mi więc jedno - prawo czy lewo, ekolodzy czy feministki, wolna kultura czy budyniowa konserwa. Jako osoba, której zależy na posiadaniu wątpliwości i mnożeniu pytań, wszędzie miewam przykopane sooner or later. Takie czasy nastały: Ludzi Bez Wątpliwości. Trochę strach.

przerwa na październikowe słońce

To musiało się tak skończyć i nawet czuję z tego powodu ulgę. Nieszczęsny wypad na dwudniowe szkolenie z bardzo miłą grupą, ale noclegiem w "trzygwiazdkowym hotelu" w Milówce koło Żywca z potwornie zimną salą do prowadzenia zajęć oraz agresywną i chamowatą męską częścią obsługi musiał zaowocować przeziębeniem, nie ma rady. To był pierwszy dzień wczesnojesiennej zimy i szczękanie zębami przez jakieś 10 godzin dobrze się nie kończy. To swoją drogą zadziwiające, że obiekt w ogóle dostał status hotelu, o gwiazdkach nie wspominając. Możliwości są dwie: a) zakup stosownych papierów na okolicznym targu b) chamowaty właściciel musiał na czas odwiedzin komisji zostać zamknięty w komórce z kozami (gdzie zresztą jego miejsce). W sumie żal było mi pani właścicielki, która starała się z wszystkich sił zatuszować potwornie złe wrażenie, jakie pozostawało po kontaktach z męską częścią rodziny właścicieli. Ufff, całe szczęście, że to już za mną a "więcej tam już nie powrócę". Sądz...

Tatry ponownie

Obraz
Trudno uwierzyć, ale naprawdę tak było wczoraj w Tatrach. Udaje się utrzymać 2-tygodniowy rytm wycieczek w gory i mam nadzieję, że tak już zostanie. Ja co prawda najbardziej lubię Tatry zachmurzone, z marznącą mżawką od czasu do czasu, ale trudno, landszafty (jak ten obok) też mają swój urok :-). Ludzi sporo, ale jak to w Tatrach: najczęściej kłębią się w miejscach do posiedzenia, rzadziej w tych do pochodzenia, które nie są obowiązkowym punktem programu. Na przykład między Wołowcem a Jarząbczym spotkaliśmy tylko ze 3 osoby. Gdyby nie ta "złota tatrzańska jesień", jak z obrazka, byłoby pewnie jeszcze bardziej pusto. Trasa ze schroniska w Dolinie Chochołowskiej przez Wołowiec, Jarząbczy i Kończysty na dół okazala się dość wymagająca i od wyjścia ze schroniska do momentu trzaśnięcia drzwiami busa na parkingu u wejścia do Doliny upłynęło dobre 9 godzin. Takie trasy jednak lubię najbardziej (i takie podejścia, jak na Jarząbczy od strony Wołowca - BARDZO treściwe i wymagające upo...

make money with AdSense

...namawia mnie Dashoboard od jakiegoś czasu. A ja się cieszę, bo dostrzegam w tym symptom osobistej wolności: nie będę zarabiać pieniędzy z AdSense i nie będę konfigurować żadnych reklam na moim blogu.

blokowisko i małe sklepiki

Obraz
Jakiś czas temu wyjawiłam swój pogląd na kwestię tzw. małych sklepików vs. hipermarketów, dzisiaj będzie swego rodzaju postscriptum. W dalszym ciągu pozostaję sceptyczna wobec bezkrytycznych pochwał stawiających owe małe sklepiki automatycznie w jednym rzędzie z mitycznymi duchami opiekuńczymi wszelkiej maści. Male sklepiki bywają bowiem różne, są i takie, które upadają zasłużenie. Są jednak i takie, które pokazują, na czym cała ta sztuka, zwana handlem, polega. Nie chodzi bowiem tylko o wymianę towarowo-pieniężną - jak pokazuje to cała kultura Wschodu (która u nas bezpowrotnie zgnięła wraz z tragedią Holocaustu), chodzi przede wszystkim o komunikację. I tak od kilku dni funkcjonuje obok pętli kampus UJ... stragan warzywny, hurra!!! Tzn. hurra jest tylko wtedy, kiedy jest tam Pani. Kiedy jest Pan, to się człowiek dowiaduje: a to, że towaru się nie dotyka, a to, że nie wie, czy papryczki są rzeczywiście ostre, a to ogólne zniechęcenie wyraża się w niezbyt ochoczej komunikacji. Jestem wt...

out

Z różnych powodów bylam kompletnie wyautowana z życia przez kilka ładnych dni (well, głównie z powodu pełnienia FUNKCJI - takiej od czarnej roboty, acz bardzo papierkowej). Dzisiaj spostrzegłam, że są w tym pewne dobre strony: a) wiem, o której zamykają wieczorem budynek WZiKS UJ i co by było, gdybym zapomniala Bardzo Ważnej Karty; b) "posiadam wiedzę" (różnorodną); c) przez ponad 7 dni świat zewnętrzny mógłby dla mnie nie istnieć, stałam się niezamierzenie Tymczasową Strefą Autonomiczną w samym środku Systemu (i wiem też, jak to działa); d) mam całkowitą relatywność czasową - upłynęła doba, a mnie się zdawało, że to 3 różne dni; e) uwolniłam się od kompulsywnej i czysto odruchowej potrzeby wiedzy kim/gdzie/czy jestem. Fun.

miałam iść wcześniej spać

... bo jestem maksymalnie wycięta. Wyszłam z domu o 8.45, wróciłam o 17.08, jadłam śniadanie o 7.40 i kolację o 19.00. I jak mi ktoś jeszcze powie, że pracownicy naukowi nic nie robią... Ale jest jak zwykle: 00:07 i nie wiem, co tu jeszcze robię przed ekranem mojego kochanego Maczka. Wszystkiemu winien Telemann i jego Tafelmusik, za dobrze się słucha w mojej wieży z widokiem na (prawie) wszystko dookoła.

dokładnie 0:00

w moim poprzednim poście (choć w podpisie figuruje 12.AM). Kolejny raz udało mi się złapać czas na gorącym uczynku.

jest!