Posty

smoothies

Nic nie dorównuje oczywiście smoothies produkowanym samodzielnie (można testować najbardziej egzotyczne zestawienia, np. melon z ogórkiem w lecie, blender zniesie (prawie) wszystko). Kiedy jednak jest się skazanym na sklep (np. w podróży) to nic dorównuje amerykańskiej Odwalla. Jeśli jednak nie ma się chwilowo wizy w paszporcie (a czekanie, aż amerykanska administracja zrozumie, że USA nie jest już rajem dla gasterbeiterów z Polski nieco się dłuży), to można się zadowolić Innocence z niezawodnych Wysp Brytyjskich. Żal tylko, że w polskich sklepach pod nazwą smoothie funkcjonuje jakieś potworne oszustwo - ten sam koncentrat "mango" co zwykle, tylko mniej rozcieńczony. Fatalnie, że przoduje w tym Marwit, który wcześniej dał się poznać z kapitalnych jednodniowych soków marchewkowych. Aha, i prawdziwe smoothie nie ma nic wspólnego z koktajlem! Procent przetworow mlecznych jest w prawdziwym smoothie ledwo zauważalny, tylko tyle, żeby było to właśnie... smoothie. Wszystko dlatego, ...

london calling

Obraz
I już z powrotem. Szybki wypad do Londynu na weekend, żeby trochę zapomnieć o depresji zimowej - i jak na zamówienie: sobota na Tamizą była bardzo słoneczna, a pora zachodu słońca tak urocza, że obrazy Constable'a same się narzucały (gdybyż tylko jakaś grupka nie zasłoniła nam widoku na północny brzeg Londynu z zemsty za to, że nie daliśmy się odgonić od wolnego stolika w kawiarni w Tate Modern :-). Tym razem weekend był dryfujący (kapitalna wlóczęga w okolicach Brick Lane, później oczywiście Covent Garden i Soho) i kulinarny (ulubiony barek Wasabi na Victoria Street, prawdziwe chow mein gdzieś w Chinatown oraz wszelkiej maści szkockie short breads tu i tam). Były oczywiście plany ambitne i BArdzo KUlturalne, ale ostatecznie, jeśli chodzi o Kulturę Wysoką (choć nie aż tak bardzo:-) skończyłam na dodatkach do Sunday Timesa, który dumnie dzierżyłam, nie bacząc na jego wagę, przez calą drogę powrotną (czyli przemierzając kilka kilometrów korytarzy lotniska Gatwick). Prasa brytyjska n...

filmowo, part 2

Widzę, że jury doceniło mniej więcej to samo, co i nam się podobało: nagrodę główną w konkursie "Etiuda" dostał rzeczywiście piękny i poruszający film "Mój ojciec śpi", a inni nasi faworyci (słoweński "Pogawędka z Piko" oraz filmik, który dał nam chwilę jakże miłego wytchnienia i sprawił, że niestraszne nam karaluchy, czyli węgierski" III. emelet 14") w czołówce.

filmowo

Po części za sprawą festiwlau Etiuda&Anima, na który udawało mi się zaglądać w piątek i sobotę. Znakomity film Hany Makhmalbaf, "Budda collapsed out of shame" - nie dawała mi spokoju myśl o kontraście między końcową "listą płac" kończącą ten film a analogicznymi długaśnymi spisami rozmaitych dobroczyńców zamieszczonych przy najkrótszym nawet "dziełku" stąd. Jak się robi filmy w Afganistanie? Co ten kontrast mówi o sztuce fimowej w dzisiejszym świecie? (Choćby była najwyższego lotu, to jednak uwikłana jest w reguły rynkowe, co ppokazuje kontrast, o którym piszę). Jak się robi filmy w Afganistanie? Sama Hana opowiada o tym oszczędnie, ale nie pozostawiając wątpliwości: to więcej, niż po prostu "robienie filmów", to życie. Sam obraz pozostawia z wieloma pytaniami i z nielicznymi odpwiedziami, sprawia, że żyje się tym jeszcze długo po wyjsciu z kina i za to lubię filmy Makhmalbafów (są także piękne wizualnie i dźwiękowo, jak "Gebbeh", ...

i się przetarło

Obraz
Jak tylko mgła opadła, wsiedliśmy szybko w autobus do Szczawnicy - albo raczej to ten autobus nas wywiózł poza mgłę, to było tydzień temu. Ale żeby 9. listopada leżeć sobie na znajomych łąkach nad Lesnicą w słońcu, żywiąc się chlebem z bryndzą i jałowcem? Przecież miala być zima? Znowu nie pojeździmy na nartach (ski-tourowych, żeby było jasne - wizja stoków wypełnionych nie zawsze trzeźwymi tłumami "narciarzy" z równin mazowieckich, łamiących kończyny do wtóru hałaśliwej muzyki rażącej z megafonów jakoś nie jest zbyt kusząca). Mgły przetarły się na tyle, że dostrzeglam dwa tytuły w prasie codziennej (bo od jakiegoś czasu czytam wyłącznie tytuły i nagłówki), oba nastrajające równie pozytywnie. Tytuł nr jeden, dostrzeżony wczoraj późnym wieczorem w "Żabce" na Chmieleńcu, pochodzi z Gazety Krakowskiej: "Dlaczego Kraków nie słucha Radia Maryja?" Okazało się, że słuchalność w tym mieście oscyluje w okolicach 0,8%. Może dlatego, że - to z innej gazety (przeczyta...

mgła, hmla, mgła part 2

Jak widać, a raczej nie widać z mojego okna. Ze wszystkich moich okien.

mgła, hmla, mgła

Jeszcze jeden dzień mokrej, szarej mgły, a osunęłabym się chyba w stan roślinny, bo zwierzęcy już osiągnęłam (a może raczej gąbczasty) - w takim oświetleniu (a raczej braku oświetlenia) nic nie poradzę na to, że mja przysadka mózgowa po prostu się wyłącza. Przestaję myśleć i nie budzę się prawie wcale. Byłoby to nawet nie tak złe, gdyby nie fakt, że spora część mojej aktywności to ma być praca intelektualna. Na szczęście na chwilę rozsunęły się mgły i ...zwycięstwo. Wygrał Obama. Nie żebym była jakąś szczególną jego fanką (choć to sympatyczny facet), ale pozazdrościłam Ameryce entuzjazmu, chęci do pracy na rzecz wspólnego dobra, uśmiechu, zdolności do wzruszenia, kiedy potrzeba, wiary w sukces i optymizmu. Wszystkiego tego, co tutaj jest tak rzadko spotykanym skarbem. W każdym razie najpierw kwitłam przed ekranem przełączając się między BBC a CNN - TVN i w ogóle polska telewizja byla nie do zniesienia: albo jakieś gadające dziadki piaskowe z mądrymi minami albo jakieś totalne bzdety -...

Sopatowiec

Obraz
Sopatowiec to dość niezwykłe miejsce. Najbardziej zaskakuje mnie to, że spotykają się tam bardzo różni ludzie, a jednak koegzystuje się w niewymuszenie swobodny sposób, bez jakiegoś szczególnego obowiązku bycia przesadnie miłym - co bardzo mi odpowiada, szczególnie rano, kiedy jestem zupełnie pogrążona w swoim świecie i bardzo nietowarzyska, a nawet niekontaktowa. Zawsze kiedy zasiadamy do wspólnego stołu na werandzie nachodzi nas historia miejsca - od czasów zupełnie zamierzchłych, których najstarsi bywalcy nie pamiętają :-). Dokładnie pamiętam dzień, w którym trafiliśmy tam z Markiem, w poszukiwaniu domu do kupienia dla naszej koleżanki, pamiętam rozmowę z właścicielką, starszą panią, która mówiła miejscową gwarą (bardzo specyficzną, kiedy przyspieszała wymowę, mieliśmy kłopoty ze zrozumieniem), ładnych ...naście lat temu. Od tamtej pory zmieniliśmy kilka mieszkań i opuściliśmy dom, który miał być "na zawsze", odwiedziliśmy kilka niewiarygodnych miejsc na ziemi, przemierza...

marząc o Starbucksie przy St. Catherine

Żeby wszystko było jasne: nie cierpię Starbucksa. W każdym razie, kiedy jestem Tam - za nachalność i wszędobylskość. Od czasu, kiedy zobaczyłam na jednym skrzyżowaniu w Chicago 6 szyldów ze znajomym zielonym logo. To było przerażające, skrzyżowanie to były raptem cztery ulice w cztery świata strony, a Starbucksów było więcej niż stron świata! Kiedy jednak zobaczyłam szyld przy St. Catherine (ciągle flashback), na wysokości Muzeum Sztuki Współczesnej, skąd pochodzi moja nowa torba z recyklowanego billboardu (uzależnienie od kupowania toreb jest u mnie porównywane tylko z uzależneniem od kupowania butów), jakoś zatęskniłam za znajomymi klimatami i przysiadlam na chwilę z jakże znaną (taką samą wszędzie!) kawą. Chciałabym czasem umieć zatrzymywać takie chwile, kiedy pozornie nic się nie dzieje, w każdym razie nic spektakularnego, ale jest się trochę kimś innymi, trochę tą samą osobą, ale przefiltrowaną przez wiele kilometrów miejskiej flanerii. Najfajniejsze jest radykalne uwolnienie od m...

80's

Ja napisała dzisiaj Dorothy: zawsze byłam przekonana, że młodzieżowa kultura popularna lat 80tych była fenomenem międzynarodowym. Wstępne wnioski sformułowaliśmy wprawdzie już w ubiegły piątek przekrzykując hałaśliwe wersje dobrze nam znanych hitów z czasów nastolatkowych nad piwem w którymś z licznych klubów przy Rue Crescent. OKazało się, że międz Polską, kanadyjską Kolmbią Brytyjską, Holandią i Brazylią krążyły mniej więcej te same dźwięki i wzruszenia. Czy to wspónota pokoleniowa? Bo ja wiem. Zbyt dobrze jesteśmy oczytani w teorii postkolonialnej, żeby dać sie zwieść tym złudzeniom. Ale faktem jest, że dobrze znany refren "tonight, tonight, tonight" przywodzi na myśl kilka niezapomnianych chwil. Nie wspominając już o budzącym absolutny dreszcz ekscytacji "Purple Rain", a nawet "Too Shy" nie wydaje się już dzisiaj takie całkiem "cheesy". Urządzam sobie więc wieczór wspominkowy . More to come. Jak zwykle.

Kanada pachnąca...

Obraz
...rzeczywiście żywicą. Przynajmniej w Parku Narodowym Mont-Orford , gdzie udało mi się spędzić uroczy dzień. Zdjęcia z tego dnia w lasach Kanady jak zwykle tutaj . Podróż transoceaniczna zawsze jest jak rodzaj snu, tym razem zastanawiałam się nad tym, że łyk amerykańskiej przestrzeni jest mi niezbędny, trochę jak zaczerpnięcie śweżego powietrza po długim dniu spędzonym w klimatyzowanym pomieszczeniu. Już pierwszego dnia, wieczorem po rodzinnej kolacji i po całym tym zawieszeniu między strefami czasowymi, kiedy Denis pokazywał widok na miasto ze wzgórza Mont-Royal przypomniałam sobie, że tęsknię za TYM niebem. Jest zupełnie inne niż gdziekolwiek w Europie (może daleko na północy wyczuwa się obecność bezkresu, może w Rosji) i zapowiada Niespodziewane. A później to Niespodziewane się zdarza i jest inne za każdym razem, kiedy odwiedzam ten kontynent. W Ameryce tkwię w nieswoim czasie, albo raczej w czasie podwojonym (co najmniej), bo co innego podpowiada mi organizm, a co innego zegarek. ...

Dolinki

Proszę, a tak ładnie szło przed miesiącem - udawało mi się coś codziennie zapisywać. No cóż, jak powiedział Tony Soprano do jednego ze swoich współpracowników, który chwilę potem zszedł na serce w chwili niedyspozycji żołądkowej: "bądź wytrwały!". To, co po drodze, nie liczy się, gdybym chciała wracać do licznych luk, to nigdy nie doszłabym do siebie dzisiaj. Festiwal (T)Urban w Preszowie zostanie więc pochłonięty przez historię raczej milcząco. Poza tym, że ostatecznie b. fajnie nam się grało Andrzejem Widotą (takie bardziej noise'owe wcielenie), ale cholernie nie lubię kwitnąć pod sceną o 1.00, czekając na organizatorów, którzy mają nas doholować do hotelu. Słowacja to jednak Słowacja, kraj absolutnie piękny, gdzie swobodnie znikam w przestrzeni i wszystko nastraja mnie nostalgicznie, łagodnie i dobrze. Dzisiaj zaś i wczoraj celebrowaliśmy jesień. Wczoraj za pomocą rozgrzewającej zupy, dzisiaj na wycieczce do Doliny Będkowskiej, która okazała się taka sobie. Zarośnięta...

pre-jesienne remanenty

Obraz
Grzebiąc w rozlicznych naszych archiwach natrafiłam na CD-Ry ze zdjęciami i prezentacjami. Niektóre z nich są jak wspomnienie z odległego snu, a może wręcz z innego życia... Tak, jak to zdjęcie powyżej. 1998, stary klasztor (przypuszczalnie Nyinmga) nad wioską Dumbe w dolinie Kali Gandaki, gdzieś za naszymi plecami w górę rzeki znajduje się Jomsom... Kim teraz są nasi ówcześni towarzysze drogi? Po wieloletniej wojnie domowej, po tym, jak zbudowano drogę do Jomsom, po tym, jak zmieniło się wszystko dookoła. A kim ja jestem? Może zmieniło się wszystko, a może to tylko jakaś kolejna konstelacja, jedna z wielu, w jakich się bierze udział? Najlepiej myśli się o tym leżąc na trawie i patrząc w chmury. Może też być to znajoma skałka pod opactwem tynieckim, nad samą Wisłą. Dzisiaj spotkaliśmy tam ostatnie dni lata i dobrze znanego łysego palanta (proszę, jak Ladnie się zarapowało), który ujeżdża swój skuter wodny właśnie tutaj, w zakolu Wisły, gdzie przypuszczalnie nie wolno uruchamiać motorow...

Makowa epopeja

Wciąż pod urokiem. Choć już z wolna zaczynam wychodzić na ulicę :-) Opanowałam tajniki przesyłania plików z jednego kompa do drugiego przez Bluetooth, genialna rzecz. Przy okazji porządkuję wnętrzności obu. Ciekawe, kiedy zauważę ubytki Bardzo Ważnych Plików, Które Odeszły w Siny Kod Binarny. Zupełnie nie wiedzieć czemu zakupiłam wśród stosu DVD serial "Dyrektorzy", tłumacząc sobie, że to zalążek kolekcji historii polskiej telewizji (przyda się na zajęcia). A tak naprawdę to chyba jakiś flashback, pamiętam ten serial z dzieciństwa. Tak czy owak, każde zderzenie z siermiężnością i szarością PRLu w dalszym ciągu wywołuje dojmujące stany przeddepresyjne. Oprócz zrozumiałej nostalgii z powodu dzieciństwa, które upływało w latach 70-tych, czasem ciąży jednak dorastanie w latach 80-tych, które pamiętam jako nieustającą szarość (z małymi wyjątkami), coś jakby zawsze panował wtedy listopadowy wieczór z siąpiącą uporczywie marznącą mżawką. A przecież było jeszcze Duran Duran, punkowa ...

jeszcze o Maczku

No już! Na razie najtrudniej przyzwyczaić się do "alt" tylko po lewej. To - jak do tej pory - JEDYNA trudność w pracy na Maku. Poza tym kazał mi przemeblować pokój i nowe ustawienie okazało się brzmieć ładnie w przestrzeni dopiero, kiedy otwarłam na biurku mojego Maczka. Potrzebował (i ja też) po prostu nieco więcej przestrzeni. Lampka jest z innej strony i lepiej widzę księżyc oraz storczyka numer 2 z mojej rozwijającej się, mam nadzieję, kolekcji storczyków. Ruszam na podbój Makowego softwaru.

ja jako Mac user

Zanim powrócę do podróży (jak zwykle flashback): JEST! JEST! JEST! Mój nowy MacBook! Prosto z Nottingham. Miro zdażył mi pokazać tylko najważniejsze tricki i pognał do Preszowa (no, ujechaliśmy razem kawałek)... i zostałam z nim sam na sam. Moja dawna miłość z czasów PowerBooka jeszcze, z pierwszej podróży do USA. Mimo, że to nowe wcielenie, to chemia między nami istnieje (Eva! Wall-e!), mam wrażenie, że jest bardzo milutki i na wszystko sie zgadza. Trochę się grzeje, ale to u niego chyba normalka (tak wynikałoby z instrukcji). Nie uporałam się tylko jeszcze z polskimi czcionkami, więc wciąż kooperuję z moim równie milutkim HPekiem, smutno byłoby mi go porzucić. Choć kupowany w pośpiechu, stresie i bez znamysłu (w obliczu niespodziewanego, nagłego i stanowczego NEIN jego poprzednika) niepostrzeżenie zdążył podbić moje serce. Stara miłosc nie rdzewieje, ale nowa tuż, tuż...

w Niszu

Obraz
Oto, co przywitało nas podczas porannego spaceru słonecznymi ulicami miasta Nisz w Serbii. Miasta, przez które tylko przejeżdżaliśmy do tej pory, wzdychając, że fajnie byłoby tu się kiedyś zatrzymać (głównie z powodu bardzo obiecujących skał w przełomie Niszawki, po drodze do Dimitrowgradu i Sofii). No i wreszcie się udało. Po drodze z Tolmina na Słowenii (z noclegiem na kempingu nad Krką), przez całą Chorwację i prawie całą Serbię, w egipskich już ciemnościach szukaliśmy hostelu Marvel w Niszu, wyobrażając sobie dość obskurne lokum ze śladami niegdysiejszej świetności z czasów jugosłowiańskich. I jaka niespodzianka: hostel okazał sie być bardzo miłym domem rodzinnym na jednym ze wzgórz okalających centrum miasta. Duży pokój dzienny, malutkie, ale czyste sypialnie (zaledwie kilka pokoi), 2 łazienki, do dyspozycji kuchnia i komputer. Tylko z podłączeniem do netu było dziwnie. Za żadne skarby nie dało się uruchomić na zaoferowanym gościom komputerze stacjonarnym, dopiero A. podłączył swó...

bezdroza tolminskie

Poniewaz tym razem jestesmy samochodem (ba, to wlasciwie fetysz, bo land rover), to korzystamy z okazji i ujezdzamy pobliskie bezdroza. Wczoraj wreszcie udalo nam sie dojechac do tajemniczej wioski Cadrg, o ktorej zawsze wiele slyszelismy, ale do tej pory nie udalo nam sie jej odwiedzic. Okazala sie byc rajem na Ziemi, bo nie ma tam NIC. To znaczy jest kilka domow, sa owce, sa gory, ... i tyle. Szybko wiec pobralismy ulotke z jednego gospodarstwa i mam nadzieje, ze za rok uda nam sie tam zaszyc na cale 7 dni (co najmniej ) z dala od cywilizacji. Tym bardziej, ze znakomicie drzemalo sie na pachnacej ziolami lace na wzgorzu nad wioska. 7 dni takiej drzemki oraz zaawansowana i doglebna obserwacja chmur plynacych po niebie - raj na ziemi. Dzisiaj wieczorem performance z uczestnikami mojego warsztatu wokalnego (na rynku w Tolminie, jak sie okazuje), a jutro... kto to wie. Przez Zagrzeb i Belgrad w kierunku Melnika. Na granicy serbsko-bulgarskiej mamy spenetrowac jakies niezwykle gory oraz p...

znowu Tolmin

I znowu szybki przerzut przez Bratyslawe, Wieden, Graz, Podljubinj, Bled i Bohinj do Tolmina. Po drodze tylko dwie burze, ale w "disko" (Land Rover Discovery) nie tak straszne. A dzisiaj jak zwykle poranna kawa na glownym placu w Tolminie. Wczraj, korzysrajac z samochodu, jezdzilismy po okolicznych bezdrozach i... nie dojechalismy do Cadrgu, moze uda nam sie dzisiaj. Po drodze usiedlismy w kawiarence w Lazoch z widokiem na masyw Vogela, po ktorym blakalismy sie rok temu.

no i ciągle nie wiem

Nie wiem, nie wiem, nie wiem i nie chcę wiedzieć, co mam ze sobą zabrać. Nie wiem, nie wiem, nie wiem i nie chce wiedzieć, kim mam w podróży być. To się wyjaśni w trakcie, przy moim minimalnym, mam nadzieję, udziale. Mam tez nadzieję wypić przedpołudniowe "preso s mliekom" gdzieś w okolicach Żyliny, lunchyk zjeśc gdzieś pod Bratysławą, a kolację nad Bledem . Kot jest niepocieszony, przeczuwa, co go czeka. Aha, jutro mam imieniny.