Posty

marząc o Starbucksie przy St. Catherine

Żeby wszystko było jasne: nie cierpię Starbucksa. W każdym razie, kiedy jestem Tam - za nachalność i wszędobylskość. Od czasu, kiedy zobaczyłam na jednym skrzyżowaniu w Chicago 6 szyldów ze znajomym zielonym logo. To było przerażające, skrzyżowanie to były raptem cztery ulice w cztery świata strony, a Starbucksów było więcej niż stron świata! Kiedy jednak zobaczyłam szyld przy St. Catherine (ciągle flashback), na wysokości Muzeum Sztuki Współczesnej, skąd pochodzi moja nowa torba z recyklowanego billboardu (uzależnienie od kupowania toreb jest u mnie porównywane tylko z uzależneniem od kupowania butów), jakoś zatęskniłam za znajomymi klimatami i przysiadlam na chwilę z jakże znaną (taką samą wszędzie!) kawą. Chciałabym czasem umieć zatrzymywać takie chwile, kiedy pozornie nic się nie dzieje, w każdym razie nic spektakularnego, ale jest się trochę kimś innymi, trochę tą samą osobą, ale przefiltrowaną przez wiele kilometrów miejskiej flanerii. Najfajniejsze jest radykalne uwolnienie od m...

80's

Ja napisała dzisiaj Dorothy: zawsze byłam przekonana, że młodzieżowa kultura popularna lat 80tych była fenomenem międzynarodowym. Wstępne wnioski sformułowaliśmy wprawdzie już w ubiegły piątek przekrzykując hałaśliwe wersje dobrze nam znanych hitów z czasów nastolatkowych nad piwem w którymś z licznych klubów przy Rue Crescent. OKazało się, że międz Polską, kanadyjską Kolmbią Brytyjską, Holandią i Brazylią krążyły mniej więcej te same dźwięki i wzruszenia. Czy to wspónota pokoleniowa? Bo ja wiem. Zbyt dobrze jesteśmy oczytani w teorii postkolonialnej, żeby dać sie zwieść tym złudzeniom. Ale faktem jest, że dobrze znany refren "tonight, tonight, tonight" przywodzi na myśl kilka niezapomnianych chwil. Nie wspominając już o budzącym absolutny dreszcz ekscytacji "Purple Rain", a nawet "Too Shy" nie wydaje się już dzisiaj takie całkiem "cheesy". Urządzam sobie więc wieczór wspominkowy . More to come. Jak zwykle.

Kanada pachnąca...

Obraz
...rzeczywiście żywicą. Przynajmniej w Parku Narodowym Mont-Orford , gdzie udało mi się spędzić uroczy dzień. Zdjęcia z tego dnia w lasach Kanady jak zwykle tutaj . Podróż transoceaniczna zawsze jest jak rodzaj snu, tym razem zastanawiałam się nad tym, że łyk amerykańskiej przestrzeni jest mi niezbędny, trochę jak zaczerpnięcie śweżego powietrza po długim dniu spędzonym w klimatyzowanym pomieszczeniu. Już pierwszego dnia, wieczorem po rodzinnej kolacji i po całym tym zawieszeniu między strefami czasowymi, kiedy Denis pokazywał widok na miasto ze wzgórza Mont-Royal przypomniałam sobie, że tęsknię za TYM niebem. Jest zupełnie inne niż gdziekolwiek w Europie (może daleko na północy wyczuwa się obecność bezkresu, może w Rosji) i zapowiada Niespodziewane. A później to Niespodziewane się zdarza i jest inne za każdym razem, kiedy odwiedzam ten kontynent. W Ameryce tkwię w nieswoim czasie, albo raczej w czasie podwojonym (co najmniej), bo co innego podpowiada mi organizm, a co innego zegarek. ...

Dolinki

Proszę, a tak ładnie szło przed miesiącem - udawało mi się coś codziennie zapisywać. No cóż, jak powiedział Tony Soprano do jednego ze swoich współpracowników, który chwilę potem zszedł na serce w chwili niedyspozycji żołądkowej: "bądź wytrwały!". To, co po drodze, nie liczy się, gdybym chciała wracać do licznych luk, to nigdy nie doszłabym do siebie dzisiaj. Festiwal (T)Urban w Preszowie zostanie więc pochłonięty przez historię raczej milcząco. Poza tym, że ostatecznie b. fajnie nam się grało Andrzejem Widotą (takie bardziej noise'owe wcielenie), ale cholernie nie lubię kwitnąć pod sceną o 1.00, czekając na organizatorów, którzy mają nas doholować do hotelu. Słowacja to jednak Słowacja, kraj absolutnie piękny, gdzie swobodnie znikam w przestrzeni i wszystko nastraja mnie nostalgicznie, łagodnie i dobrze. Dzisiaj zaś i wczoraj celebrowaliśmy jesień. Wczoraj za pomocą rozgrzewającej zupy, dzisiaj na wycieczce do Doliny Będkowskiej, która okazała się taka sobie. Zarośnięta...

pre-jesienne remanenty

Obraz
Grzebiąc w rozlicznych naszych archiwach natrafiłam na CD-Ry ze zdjęciami i prezentacjami. Niektóre z nich są jak wspomnienie z odległego snu, a może wręcz z innego życia... Tak, jak to zdjęcie powyżej. 1998, stary klasztor (przypuszczalnie Nyinmga) nad wioską Dumbe w dolinie Kali Gandaki, gdzieś za naszymi plecami w górę rzeki znajduje się Jomsom... Kim teraz są nasi ówcześni towarzysze drogi? Po wieloletniej wojnie domowej, po tym, jak zbudowano drogę do Jomsom, po tym, jak zmieniło się wszystko dookoła. A kim ja jestem? Może zmieniło się wszystko, a może to tylko jakaś kolejna konstelacja, jedna z wielu, w jakich się bierze udział? Najlepiej myśli się o tym leżąc na trawie i patrząc w chmury. Może też być to znajoma skałka pod opactwem tynieckim, nad samą Wisłą. Dzisiaj spotkaliśmy tam ostatnie dni lata i dobrze znanego łysego palanta (proszę, jak Ladnie się zarapowało), który ujeżdża swój skuter wodny właśnie tutaj, w zakolu Wisły, gdzie przypuszczalnie nie wolno uruchamiać motorow...

Makowa epopeja

Wciąż pod urokiem. Choć już z wolna zaczynam wychodzić na ulicę :-) Opanowałam tajniki przesyłania plików z jednego kompa do drugiego przez Bluetooth, genialna rzecz. Przy okazji porządkuję wnętrzności obu. Ciekawe, kiedy zauważę ubytki Bardzo Ważnych Plików, Które Odeszły w Siny Kod Binarny. Zupełnie nie wiedzieć czemu zakupiłam wśród stosu DVD serial "Dyrektorzy", tłumacząc sobie, że to zalążek kolekcji historii polskiej telewizji (przyda się na zajęcia). A tak naprawdę to chyba jakiś flashback, pamiętam ten serial z dzieciństwa. Tak czy owak, każde zderzenie z siermiężnością i szarością PRLu w dalszym ciągu wywołuje dojmujące stany przeddepresyjne. Oprócz zrozumiałej nostalgii z powodu dzieciństwa, które upływało w latach 70-tych, czasem ciąży jednak dorastanie w latach 80-tych, które pamiętam jako nieustającą szarość (z małymi wyjątkami), coś jakby zawsze panował wtedy listopadowy wieczór z siąpiącą uporczywie marznącą mżawką. A przecież było jeszcze Duran Duran, punkowa ...

jeszcze o Maczku

No już! Na razie najtrudniej przyzwyczaić się do "alt" tylko po lewej. To - jak do tej pory - JEDYNA trudność w pracy na Maku. Poza tym kazał mi przemeblować pokój i nowe ustawienie okazało się brzmieć ładnie w przestrzeni dopiero, kiedy otwarłam na biurku mojego Maczka. Potrzebował (i ja też) po prostu nieco więcej przestrzeni. Lampka jest z innej strony i lepiej widzę księżyc oraz storczyka numer 2 z mojej rozwijającej się, mam nadzieję, kolekcji storczyków. Ruszam na podbój Makowego softwaru.

ja jako Mac user

Zanim powrócę do podróży (jak zwykle flashback): JEST! JEST! JEST! Mój nowy MacBook! Prosto z Nottingham. Miro zdażył mi pokazać tylko najważniejsze tricki i pognał do Preszowa (no, ujechaliśmy razem kawałek)... i zostałam z nim sam na sam. Moja dawna miłość z czasów PowerBooka jeszcze, z pierwszej podróży do USA. Mimo, że to nowe wcielenie, to chemia między nami istnieje (Eva! Wall-e!), mam wrażenie, że jest bardzo milutki i na wszystko sie zgadza. Trochę się grzeje, ale to u niego chyba normalka (tak wynikałoby z instrukcji). Nie uporałam się tylko jeszcze z polskimi czcionkami, więc wciąż kooperuję z moim równie milutkim HPekiem, smutno byłoby mi go porzucić. Choć kupowany w pośpiechu, stresie i bez znamysłu (w obliczu niespodziewanego, nagłego i stanowczego NEIN jego poprzednika) niepostrzeżenie zdążył podbić moje serce. Stara miłosc nie rdzewieje, ale nowa tuż, tuż...

w Niszu

Obraz
Oto, co przywitało nas podczas porannego spaceru słonecznymi ulicami miasta Nisz w Serbii. Miasta, przez które tylko przejeżdżaliśmy do tej pory, wzdychając, że fajnie byłoby tu się kiedyś zatrzymać (głównie z powodu bardzo obiecujących skał w przełomie Niszawki, po drodze do Dimitrowgradu i Sofii). No i wreszcie się udało. Po drodze z Tolmina na Słowenii (z noclegiem na kempingu nad Krką), przez całą Chorwację i prawie całą Serbię, w egipskich już ciemnościach szukaliśmy hostelu Marvel w Niszu, wyobrażając sobie dość obskurne lokum ze śladami niegdysiejszej świetności z czasów jugosłowiańskich. I jaka niespodzianka: hostel okazał sie być bardzo miłym domem rodzinnym na jednym ze wzgórz okalających centrum miasta. Duży pokój dzienny, malutkie, ale czyste sypialnie (zaledwie kilka pokoi), 2 łazienki, do dyspozycji kuchnia i komputer. Tylko z podłączeniem do netu było dziwnie. Za żadne skarby nie dało się uruchomić na zaoferowanym gościom komputerze stacjonarnym, dopiero A. podłączył swó...

bezdroza tolminskie

Poniewaz tym razem jestesmy samochodem (ba, to wlasciwie fetysz, bo land rover), to korzystamy z okazji i ujezdzamy pobliskie bezdroza. Wczoraj wreszcie udalo nam sie dojechac do tajemniczej wioski Cadrg, o ktorej zawsze wiele slyszelismy, ale do tej pory nie udalo nam sie jej odwiedzic. Okazala sie byc rajem na Ziemi, bo nie ma tam NIC. To znaczy jest kilka domow, sa owce, sa gory, ... i tyle. Szybko wiec pobralismy ulotke z jednego gospodarstwa i mam nadzieje, ze za rok uda nam sie tam zaszyc na cale 7 dni (co najmniej ) z dala od cywilizacji. Tym bardziej, ze znakomicie drzemalo sie na pachnacej ziolami lace na wzgorzu nad wioska. 7 dni takiej drzemki oraz zaawansowana i doglebna obserwacja chmur plynacych po niebie - raj na ziemi. Dzisiaj wieczorem performance z uczestnikami mojego warsztatu wokalnego (na rynku w Tolminie, jak sie okazuje), a jutro... kto to wie. Przez Zagrzeb i Belgrad w kierunku Melnika. Na granicy serbsko-bulgarskiej mamy spenetrowac jakies niezwykle gory oraz p...

znowu Tolmin

I znowu szybki przerzut przez Bratyslawe, Wieden, Graz, Podljubinj, Bled i Bohinj do Tolmina. Po drodze tylko dwie burze, ale w "disko" (Land Rover Discovery) nie tak straszne. A dzisiaj jak zwykle poranna kawa na glownym placu w Tolminie. Wczraj, korzysrajac z samochodu, jezdzilismy po okolicznych bezdrozach i... nie dojechalismy do Cadrgu, moze uda nam sie dzisiaj. Po drodze usiedlismy w kawiarence w Lazoch z widokiem na masyw Vogela, po ktorym blakalismy sie rok temu.

no i ciągle nie wiem

Nie wiem, nie wiem, nie wiem i nie chcę wiedzieć, co mam ze sobą zabrać. Nie wiem, nie wiem, nie wiem i nie chce wiedzieć, kim mam w podróży być. To się wyjaśni w trakcie, przy moim minimalnym, mam nadzieję, udziale. Mam tez nadzieję wypić przedpołudniowe "preso s mliekom" gdzieś w okolicach Żyliny, lunchyk zjeśc gdzieś pod Bratysławą, a kolację nad Bledem . Kot jest niepocieszony, przeczuwa, co go czeka. Aha, jutro mam imieniny.

przed podróżą

Zawsze jestem przed podróżą. Ten stan różni się tylko ilością dni dzielących mnie od zamknięcia za sobą drzwi mieszkania na dłużej lub krócej. Osiągnęłam już wakacyjny stan umysłu, to znaczy, że nie chce mi się pakować żadnych ubrań ani książek, przypuszczalnie wezmę, co aktualnie wpadnie mi w rękę (no, może z wyjątkiem butów górskich i reszty wyposażenia). Pewnie będzie to "Czarne słońce" Kristevej i kilka podkoszulków, które bez żalu moge zostawić w jakimś koszu na śmieci po drodze. Fajnie. Tym razem cała podróż już zaplanowana bez mojego udziału, land rover powiezie nas najpierw do Tolmina przez całą Europę Środka, a potem się zobaczy. Tak czy owak, 8.08 siedzimy w samolocie Sofia - Wiedeń, a 9.08 gramy na Off Festiwal w Mysłowicach. Co będzie pomiędzy jest niewiadomą i to mnie cieszy. Dryf bałkański.

jesień latem

A Vintage Burden Charalambides: idealna muzyka na pełne zachmurzenie, kontury wzgórz nad Wisłą rozmywające sie w chmurach, na niskie ciśnienie i jeszcze niższe ciśnienie,na kolejny słoik nutelli; rozstania na krótko, na dłużej i na zawsze, wymuszone przez okoliczności lub brak słów; na zamknięcia długo odwlekane i na układane w głowie rozstrzygnięcia, które nigdy nie zaistnieją; na chwile, które łatwo odchodzą pogrzebane słowami, a niemożliwe do wskrzeszenia. Na jeże, ślimaki i śpiące koty. There Is No End .

godzina duchów

00:01 to godzina idealna dla mnie. Podobnie jak 01:00, 01:10, 00:10, 11:00, itp.itd...

bosko, bosko

Obraz
Takim oto ślimakiem jestem bez wątpienia (albo byłam w którymś z poprzednich wcieleń). Bo kolejny rok stracony dla mojego blogowania z powodów, które przemilczę łaskawie dla świata. Ale za to nauczyłam się funkcjonować śpiąc 4 godziny na dobę, co kiedyż wydawało mi się niemożliwe. Tak czy inaczej, wpadłam w ekstazę komunikacyjną - fajnie jest przełączać się między profilem na Facebooku, stroną MC tamże oraz na Majspejsie, a do tego jeszcze uaktalniać, wrzucać fotki do Picasy i what not... I gadać na skypie z trzema osobami na raz, nie zawsze w tym samym języku. Lepsze niż pół butelki kalifornijskiego Zinfandela. Po czym poznałam, że mam wakacje? Po tym, że spędziłam dzisiaj 3 godziny grając w The Neverhood Chronicles , a jak wstałam od monitora i wyszłam na ulicę, to chciałam otworzyć drzwi autobusu kliknięciem myszki (co nie jest az tak pozbawione sensu, w niektórych autobusach drzwi otwieraja sie tylko na przycisk). Niektórzy narkotyzują się substancjami, ja elektronicznym światłem m...

małe pieniny

uratowała mnie wyprawa w Małe Pieniny. Prawie 7 godzin, Wielkie Koło - od pustej o 7.30 Szczawnicy, na niebieski szlak graniczny przez Szafranówkę, błądzenie po Wysokim Wierchu (tu już Schengen, przekroczyliśmy granicę w jakimś zupełnie niespodziewanym miejscu, koło ogromnych kapeluszy kani wystających ze spalonych słońcem pienińskich traw), na słowacką stronę do znajomego siodła nad Lesnicą, znajomym szlakiem przez Haligowskie Skałki do ulubionej przełęczy Cerla nad Czerwonym Klasztorem i przez górkę do Lesnicy a potem w dół, do ujścia Lesnickiego Potoku i do Szczawnicy. Z taką mapą wędrowaliśmy. Żar lał się z nieba, ale można było do woli nasycić się przestrzenią i powietrzem. Nie bez znaczenia jest też konieczność treningu przed wyprawą w Alpy (właśnie kupiłam bilety na autobus do Ljubljany, okazuje się, że jest połączenie z Krakowa!), ale tak naprawdę w krytycznych momentach wiem, że tylko góry i kontakt z przyrodą mogą mnie uratować. Na szlakach niewiele ludzi, wszyscy tkwią w kn...

dzisiaj nów!

i 13-tego... czuję, że przesilenie zaczyna sie przesilać. zmuszam się do pracy nad książką i choć kompletnie nie mam weny, to coś się między 9.00 rano a 20.00 udaje zrobić. wyjątkowo paskudny nów. dobrze chociaż, że w polityce cyrk, jak rzadko. ogarnia mnie schadenfreude i nie mogę zaprzeczyć satysfakcji, kiedy widzę zmartwiony pysiaczek mr zero oraz ogólny kociokwik wrażych sił mordoru...

regularność

kluczem do sukcesu tutaj jest regularność (chyba). to znaczy, zaglądać tu codziennie lub prawie codziennie, nawet jeśli nie mam nic szczególnego do napisania. po ostatniej podróży i wyczerpującej pracy czuje się kompletnie pusta. nic się nie układa. niedługo pewnie znowu zaskoczy, ale póki co, jałowy bieg.

francuskie piosenki

przyszedł czas na grzebanie w sieci. Hurra! znalazłam wreszcie francuską piosenkę, która mnie uwiodła - to L'ete indien Joe Dassina. Przy okazji niespodzianek a la last.fm znalazłam kilka perełek, np. Nino Ferrera Si Tu M'Aimes Encore. .