to jest mój prywatny blog, pozostawianie "śladów", nad ktorymi mogę poniekąd tylko zapanować, zdawanie niedokładnych relacji z codziennych mikropotyczek ze wszystkim na zewnątrz.
aargh 2
Pobierz link
Facebook
X
Pinterest
E-mail
Inne aplikacje
Już po napisaniu poprzedniego przypłynęło do mnie to: Jak mówią w kilku miejscach na świecie: "made my day". http://enter.bloog.pl dzięki!
tak, na FB przegapiłam :-(, ale na tym polega ten amok, że albo się przegapia, albo patrzy i nie widzi, albo tylko omiata spojrzeniem. Ważne, że trafia się w odpowiednim czasie :-).
Prawie 10 lat przerwy. Testuję więc tylko, czy jeszcze da się tutaj blogować. Przeczytałam wpisy sprzed 10 lat i zatęskniłam za pisaniem w takiej formie i za sporadycznymi, ale jednak, wyianami z czytelnikami. Nie będę oipsywać tych 10-ciu lat ani niczego uzupełniać. To jak inne wcielenie. Reinkarnacja istnieje i zdarza się na przestrzeni jednego fizycznego/biologicznego życia. Jest dokładny, precyzyjny środek nocy. 2:53 CET. Tutaj. I późne popołudnie - tam. 7:53pm CST. Nauczyłam się w międzyczasie żyć między strefami czasowymi i ponad Atlantykiem.
Jak widać, Zamagurie ma swoje tajemnice, niektóre i tym razem pozostaną nieodkryte... To, że gablota niezwykle plastycznie ujawniająca zawartość talerzy w restauracji-pubie Nova w Spiskiej Starej Vsi przykuła moją uwagę, miało jednak swoje dalekosiężne konsekwencje. Skoro już zaczęłam czytać gabloty, pomyślałam, to kontynuujmy. I tak - przesunąwszy się nieco w lewo - trafiłam na tablicę ogłoszeń gminnych. Wśród nich widniał inserat zachęcający do kupowania staroveskiego miesięcznika, Zamagurskych Novin, za jedyne 1 EUR, do nabycia w mestskej knižnicy. Ponieważ znakomita część nieodpartego uroku Europy Środka (a zwłaszcza Słowacji) kryje się w bardzo lokalnych inicjatywach i projektach miejscowych zapaleńców, a każde miasteczko i każda wieś nieomal zawsze kryje w sobie jakieś tajomstvo, którego odkrycie sprawia, że nasze życie staje się od razu bogatsze, pełne inspiracji i zachwytu, nie oparłam się i tym razem. Ruszyliśmy dziarsko do mestskej knižnicy po miesięcznik - wywołując przy ...
Wielkanocną przerwę spędziliśmy w miejscu całkowicie dla mnie egzotycznym, między Dusznikami Zdrój a Polanicą, w górskim domku nad wsią Jawornica, obok Lewina Kłodzkiego, z tarasem otwartym na północny zachód. Za plecami mieliśmy Czechy, telewizor na szczęście nie odbierał żadnych programów, a w radio można było posłuchać czeskiego programu drugiego oraz jakichś rumuńskich stacji. Duża ilość miejscowości z "jawor" w nazwie - zarówno po polskiej, jak i czeskiej stronie - znajduje uzasadnienie, właściwie wszędzie można trafić na piękne, stare jawory: drzewa, które w naszych okolicach należą do rzadkości. Podobnie jak szosy wysadzane liściastymi drzewami, o których M. od razu mówi: "Pożytki pszczele!". Zresztą nasza tymczasowa siedziba ujęła mnie od razu grupą dwóch lip i dębu, które - choć jeszcze bezlistne - promieniowały aurą spokoju. W dobie, kiedy duże drzewa przy domostwach są bezlistośnie okaleczane albo wycinane, takie miejsca są bezcenne. Idealne miejsce na...
UR welcome :)
OdpowiedzUsuńZnaczy na FB przegapiłaś, bo tam dawałam wcześniej... Jestem zdruzgotana :p
- ovoo
tak, na FB przegapiłam :-(, ale na tym polega ten amok, że albo się przegapia, albo patrzy i nie widzi, albo tylko omiata spojrzeniem. Ważne, że trafia się w odpowiednim czasie :-).
OdpowiedzUsuńTo prawda :)
OdpowiedzUsuń- ovoo