Posty

pieśni miłosne i ragi tęsknoty

Ta informacja dotarła do mnie z powietrza, nawet dosłownie, bo staliśmy na przystanku na Dietla/św.Agnieszki czekając na 128, a ja z nudów zaczęam się bezrefleksyjnie wgapiać w plakat Filharmonii, aż mój wzrok przykuły znane - acz niezwykle rzadko pojawiające się w tych szerokościach nazwy: dholak, sarod, zarb. Nawet w największą, najbardziej paskudną i mokrą krakowską szarość te słowa mogą mnie zelektryzować i tak też się stało. Upewniłam się jeszcze, że to nie przywidzenie, prosząc M. o potwierdzenie, czy widzi to samo ja. On też widział, że plakat Filharmonii zaprasza na koncert "Two Worlds of Modal Music" z Dominikiem Vellardem śpiewającym średniowieczne pieśni miłosne i chorał gregoriański oraz Kenem Zuckermanem na sarodzie, Kayvanem Chemirani na zarbie i Prabhu Edouardem na tabli. Zakupiłam więc bilety następnego dnia, można było dostać jeszcze w drugim rzędzie i tak oto wczoraj zasiedliśmy w sali Filharmonii nie bez pewnego sceptycyzmu, bo projekty typu crossover trąc...

browsing się

Niewiele spamów przechodzi przez filtry mojego adresu pocztowego (o dzięki, firmo Ceti i mam nadzieję, że nie zapeszę), ale jeśli już się pojawi jakaś wiadomość raz na miesiąc, to od razu jest to małe dzielo sztuki: Hello Dearest, i am Kaniz by name. i was just broswing now and come across your profile. which interested and motivated me all over. l will also like to know more about you so please reply this message to ( raninhiany2009371@yahoo.com ) , so l can give you my picture for you to know whom l am. I believe we can move from here!(Remember the distance or colour does not matter but love matters alot in life) Thanks yours new friend Kaniz. ....................................................................... Hello Dearest, Jestem Kanica nazwy. Właśnie broswing się i spotkać swojego profilu. które zainteresowanych i zmotywowały mnie wszystkim. l będą również wiedzieć więcej o tobie tak prosimy o odpowiedź na ten komunikat (raninhiany2009371@yahoo.com), więc l może dać Ci moje zd...

avatar

Krótko: ekstra. Wiadomo, że James Cameron to nie Tarkowski i jeśli ktoś oczekuje intelektualnej głębi, to sam /-a sobie jest winna, ale "Avatar" jest naprawdę wielką frajdą (oczywiście w 3D). Już widzę, że w Polsce oczywiście poajwiły się typowe dla naszej nacji głosy "po całości" wywalające film i jego twórcow do zsypu, ale... hola, hola. Kraj, którego przemysł filmowy zdolny jest co najwyżej do wyprodukowania kolejnych (słabszych) wersji Krzyżaków i innych lektur szkolnych, ewentualnie kolejnych depresyjnych, pseudointelektualizujących i pseudokrytycznych wizji wiejskich wesel, powinien czasem wziąć na wstrzymanie. Są w "Avatarze" słabizny (m.in. generał, który miał być diaboliczny, a jest groteskowy i parę innych takich), ale generalnie - big fun. Dawno już tak szczerze nie zachwycałam się w kinie z powodu niekłamanej przyjemności wzrokowej. Generalnie najbardziej chyba zgadzam się z tą recenzją . Fajnie w każdym razie wrócić do czasów późnego dziecińst...

ostatnie godziny

Wypada podsumować: proste statystyczne zestawienie pokazuje mi, że był to rok dosyć szczególny - udało mi się utrzymać dyscyplinę i blogowalam pilnie przez cały rok. Między innymi z tej okazji piję szampana i zaraz odpalamy naszą fajkę wodną. Dookoła strzelają (sztuczne ognie), słuchamy Frode Haltli z Mają Ratkje a wcześnije Anoura Brahema i Stephena Micusa, jeszcze wcześniej mojego ulubionego BBC 3 i myślę sobie, oby jak najmniej było przełomów i rewolucji, żeby wszystko szło swoim torem, było jak zwykle płynne, zmienne i niestałe, żeby nie było mnie stać na luksus powiedzenia: to już tu, dalej nie idę.

piraci?

Wczorajszy dryf w poszukiwaniu buddyjskiego kalendarza firmy Tushita oraz strun do gitary upewnił mnie w tym, że istnieją jednak na tym świecie pewniki. Jedno ani drugie nie zostało znalezione (od roku mniej więcej 1998 testuję z mizernym zazwyczaj skutkiem rozmaite sklepy muzyczne na okoliczność strun "12"-tek Dean Markley do gitary elektrycznej, z grzecznosci nie mówię sprzedawcom, co mogą sobie zrobić z oferowanymi mi nieodmiennie D'Addario), przekopaliśmy za to wszystkie kalendarze na półkach Empiku w Galerii Krakowskiej oraz w Rynku. Zadowoliliśmy się, z braku Tushity, pięknym skądinąd kalendarzem "Tibet 2010" TeNeues. Gdyby ktoś gdzieś przypadkiem namierzył kalendarz firmy Tushita (albo inny) z buddyjskimi świętami, to proszę o cynk - ale pewnie kupię go po prostu w Sztokholmie w lutym (na rok 2009 kupiłam kalendarz w Montrealu albo Londku). Przy okazji jednak Empikowego dryfu zawiodły nas wiatry ku półkom z płytami i... doznaliśmy urazu (też niezmiennego)...

handy andy

Obraz
Już jakiś czas noszę się z nowym pomysłem, ale ponieważ cierpię na ich poważny nadmiar, to nauczyłam się...przeczekiwać. Samoograniczenie w inwencji to w moim przypadku konieczna strategia przetrwania, choć nie obywa się, oczywiście, bez kosztów własnych innego rodzaju. W każdym razie mniej więcej około połowy roku miałam taki przebłysk, kiedy najpierw zaskoczył mnie niezwykle złożony i przestrzenny dźwięk miotły, która ktoś na Plantach zamiatał jakieś śmieci, dosyć wcześnie rano to chyba było, a później, kiedy mniej więcej w tym samym czasie usłyszałam nocą sowy odzywające się na nowymi budynkami Osiedla Europejskiego. Pomyślałam sobie, że interesująco byłoby prowadzić rodzaj sound journala. Nie wprowadziłam tego na razie do realizacji, ale mój soundwalk z tundry już jest gotowy i 200 płytek czeka na odbiór w dogodnej chwili. A od dzisiaj jestem bardzo szczęśliwą posiadaczką Zooma H2, bardzo poręcznego sprzętu do nagrywania (nagrywa w WAVach i MP3kach, a zatem jest idealny do podcastó...

końcowka

Końcowka roku przyniosła oslabienie i zaniechanie, to fakt. Ostatni wpis tutaj miał miejsce prawie 20 dni temu! Co jakiś czas kryzysy się zdarzają. Mam za sobą inaugurację sezony narciarskiego pod Rohaczami, jazda na nartach przy -17 stopniach była przygodą nie lada, ale za to można było najeździć się ile dusza zapragnie, nawet jeśli udostępniona była tylko jedna trasa. Po raz kolejny przyszło mi stwierdzić, że narty to jedna z największych przyjemności, jakie znam. A teraz już prawie święta, które średnio lubię i z obserwacji wynika, że jakaś połowa populacji także lubi je rownie średnio. Wszystkim cierpiącym i nie życzę, żeby zawsze mieli na co czekać i żeby zawsze mieli o czym marzyć. Żeby było jakieś "gdzie indziej", "tam" i żeby to, co za horyzontem było bardziej kuszące, ale żeby to, co teraz było jak najbardziej odczuwalne i namacalne. I Ciepła, Światła, Energii. Na ten rok i wszystkie pozostałe. I żeby pociągi, do których wsiadamy, zawsze były ogrzewane.

Dzień Drugiego Sniegu

Jest! Bardzo anemiczny i opieszały, ale jednak! Pada śnieg! Marzy mi się prawdziwa zamieć śnieżna, mam nadzieję, że jeszcze kiedyś taką w życiu zobaczę - gołym okiem widać, że zmiany klimatyczne to nie bajka ani teoria spiskowa, a jednak w sondzie Onetu przytłaczająca większość uznała, że to wymysł. Tak łatwo sterować tłumem w Polsce, że czasami aż strach człowieka ogarnia. Wystarczył artykuł o jakichś nie do końca jasnych zabiegach hackerów z Rosji, którzy rzekomo wykradli "tajne" dane. Coraz częściej myślę o tym, jaka to ogromna strata - Arktyka powoli odchodzi w przeszłość. Póki co, zaglądam, co słychać na głównym placu w Kirunie . Obraz odświeża się co 30 sekund, więc można potraktować tę kamerkę prawie jak telewizję. Słońce rzeczywiście nie podnosi się zza widnokręgu, ale i tak jest znacznie jaśniej, niż pod grubą krakowską zasłoną z szarych mgieł. Kilka dni temu skończyłam "Vággi Várri", która już jest w tłoczni i lada moment na świecie będzie 200 sztuk płyty,...

R.I.P. Jack Rose

No pora wreszcie ocknąć się z niechęci wobec... mniejsza z tym. Life's hard. Tym bardziej, że w zabieganiu, totalnym stresie, nawale pracy, gonitwie myśli uporczywie krążących wokół potrzeby zyskania miejsca na pustkę, ciszę, świeżość i śnieg (ewentualnie także muzykę, która nie przychodzi łatwo między starannie wyliczonymi w minutach odcinkami czasu) zdarza się zazwyczaj uderzenie znienacka. Lub dwa. Po pierwsze: black out, zanik pamięci/świadomości, w środku zajęć. Po drugie: zmarł Jack Rose . Miał 38 lat, mój rówieśnik. Spotkaliśmy się jakieś 8 lat temu, jego akustyczny set otwierał nasz wspólny koncert z Bardo Pond w Filadelfii, w marcu 2001 roku. Słuchając jego solowego występu zrozumieliśmy kilka ważnych rzeczy, m.in. to, jak cenna jest różnorodność, jakie piękno kryje się w amerykańskiej gitarze akustycznej traktowanej z wirtuozerią i uczuciem, po co w ogóle warto to robić. Zawsze będę podziwiać kilku muzyków z tamtego kręgu (i kilku znajomych z bliższych miejsc), którzy - n...

no cdn.

cdn. nie będzie, przynajmniej na razie, rzadko cdn. się spełniają, odkąd skończyła się forma powieści w odcinkach. Za to po czymś, co uznaję za pierwszy haterski atak w historii tego bloga (krótkiej) i co wnikliwi dostrzegą w komentsach, postanowiłam - dla odświeżenia i oddechu - co nieco zmienić. BTW: komentsy są tutaj edytowane, co oznacza, moi złociutcy, że zanim się pojawią, to muszę je zaakceptować, akceptuję w zasadzie wszystko z wyjątkiem spamu (jeśli przejdzie przez filtr) i wulgaryzmów, a zatem nie wycinam wpisów haterskich. Zmiana jest dość radykalna - anglojęzyczna nazwa dotychczasowa mogła niektórych nieco mylić, bo niewiele miała wspólnego ze slangowym znaczeniem, a była związana z... Kocią, która występowała swego czasu jako Kootsie Abura. Ech, let it be. Haterski koments stał się jednak dla mnie pewną cezurą, ale też sygnałem na słuszność powiedzenia "uderz w stół....". Podwójnie albo potrójnie mi średnio, z wielu powodów. Najmniej z powodu meritum wpisu, najba...

magic carpathians

Obraz
Dobre podróże mają to do siebie, że dzialają z opóźnionym zapłonem. To znaczy uruchamiają wyobraźnię jeszcze długo po tym, jak się z podróży wróciło. Tak jest również tym razem - trzy dni spędzone w głębi Transylwanii upłynęły nadzwyczaj szybko (zwłaszcza powrót non-stop z Cluj-Napoca via Oradea, Debreczyn, Miszkolc, Koszyce i Nowy Sącz: jakieś 11 godzin drogi biorąc pod uwagę godzinne przesunięcie czasu między Węgrami a Rumunią), ale taśma kręci się dalej i łapię się na szperaniu w sieci i sprawdzaniu jakichś szczegółów dotyczących XIX wiecznej historii Cluj albo sprawdzaniu, przez jakie wioski Maramureszu właściwie przejeżdżaliśmy. Jakoś tak się ułożyło, że przez Rumunię głównie przejeżdżam, ale zawsze jest to przejazd brzemienny w jakieś skutki i niebanalny, nie polega tylko na pochanianiu przestrzeni. Tym razem także padał deszcz, było niezwykle szaro, co pokazuje zdjęcie brzegu Cisy w Tokaju. Za Koszycami, w Encs, skręciliśmy z dobr ze znanej E71 w lokalną drogę przez Abáujkér i T...

Cluj-Napoca

Jutro o 6.00 rano będę już siedzieć w samochodzie, w drodze do nieoficjalnej stolicy Transylwanii, czyli Cluj-Napoca. Transylwania ostatnio kojarzy mi się głównie ze znakomitym filmem Tony'ego Gatlifa, w którym mistrzostwo pokazała rownież Asia Argento, pewnie więc będę w podróży rozglądać sie za filmowymi krajobrazami i klimatem. Jakiś mini-dziennik podróży powinien się pojawić w stosownym czasie. Największą zaletą tej podróży jest potencjalna zupełnie, acz zdaje się, że realna, możliwość Wyjścia Poza Mgłę Krakowską. Nawet jak dla mnie - fanki Arktyki - trochę tej mgły too much. Zresztą, na Północy nigdy nie bywa TAK ciemno i TAK szaro.

mglisty poniedziałek

No więc mglista niedziela JEST lepsza niż mglisty poniedziałek, zwłaszcza taki, w którym ma się 6 godzin zajęć, z czego 4 z pierwszym rokiem (są oczywiście wyjątki od reguły, ale pierwszy semestr na pierwszym roku upływa głównie na a) oduczaniu delikwentów szkolnego infantylizmu b) przyzwyczajeniu do tego, że na zajęciach się myśli, a nie śpi c) znoszeniu (dość cierpliwie) mimowolnej impertynencji i poczucia humoru w stylu "zabawiam szkolną wycieczkę i jestem gwiazdą"). Ech, zżymam się, bo najbardziej na świecie frustruje mnie niemożność nawiązania ludzkiego kontaktu. W tych wszystkich dyskusjach w stylu "Wyższa Szkoła Wstydu" albo "Koniec Akademii" strasznie mnie wkurza to, że nikt jakoś nie zada sobie trudu, żeby sprawdzić, jak wyglądają "reading assignments" w najlepszych uniwersytetach, do których wszystkim tak spieszno - tam nikt się nie przejmuje, że studentom trudno jest przeczytać 60 stron z tygodnia na tydzień i raczej nie ma litości da ...

mglista niedziela

jest lepsza niż mglisty poniedziałek. Ale czy na pewno?

Rumunia

Obraz
rumunia 2002 , originally uploaded by nytuan . W tym wszystkim zapomnialam zupełnie, że w przyszłym tygodniu wyjeżdżam na kilka dni do Rumunii - ciekawe, swoją drogą, na którym z twardych dysków znajdują się fotki z awanturniczej wyprawy do Rumunii i Republiki Mołdowy z 2002 roku... I przypomnialam sobie właśnie pisząc to zdanie, że są! są! są! Wszystko oczywiście dzięki sieci. Są w moim foto streamie na Flickrze . Bardzo długo więc nie byłam w Rumunii i ciekawa jestem, jak teraz będzie, mam nadzieję, że zobaczę kilka podobnych obrazków, jak podczas tamtej podróży. Póki co, jestem kompletnie wykończona, ale skończylam wreszcie zaległy artykuł i teraz pławię się w poczuciu dobrze wypełnionego obowiązku (tym, bardziej, że nie potrwa ono długo, bo cała kolejka już czeka). Na szczęście przemiła Pani z Privatloggi i Jokkmokk znalazła dla nas pokoik na czas Jokkmokk Marknad (a to najtrudniejsza część przedsięwzięcia - znaleźć w tym czasie nocleg w miasteczku, hostel zresztą już w całości zaj...

aargh 2

Już po napisaniu poprzedniego przypłynęło do mnie to: Jak mówią w kilku miejscach na świecie: "made my day". http://enter.bloog.pl dzięki!

aargh

Skończyła mi się chwilowo wena do tytułów postów. W ogóle chwilowo skończyła mi się wena. Lepiej nawet tego nie ubierać w słowa, bo po co dręczyć świat swoimi niżami energetycznymi? Let it be. Rok temu było podobnie. Pewnie to kwestia banalnego przestawienia się na tryb jesienno-zimowy, choć dostrzegam też zalążki poważniejszego kryzysu, o którym wolę nie myśleć, całe szczęście, że są obowiązki, terminy i teksty do napisania. Nie chciałabym na razie móc się zastanawiać, po co to w ogóle robić. W każdym razie wizja hodowli psów za kręgiem polarnym (albo jeszcze lepiej, reniferów) nawiedza mnie w dalszym ciągu. Dzisiaj śniło mi się, że zbiegłam w dół jakąś leśną polaną, a później nie mogłam wrócić, bo po drodze kłębiły się rozmaite trudności, w tym pożar torfowiska i jakieś zardzewiałe blachy. Wyraźne, plastyczne sny to zazwyczaj zwiastun choroby, ale mam nadzieję, że joga dwa razy w tygodniu załatwi to za mnie (w tym sensie, że będzie, co ma być - zachoruję albo nie). Fascynuje mnie zre...

tundra calling - flashback

Ten zew tundry to może również dlatego, że nareszcie skończyłam pracę nad nagraniami na płytę "Vaggi Varri", która ma być takim bardzo intymnym śladem słuchania, a właściwie zupełnej immersji w środowisku przesyconym wodą - wodą padającą z góry, płynącą po ziemi i życiem ptasim nad brzegami. Jakoś tak w drugim dniu trekkingu złapałam się na tym, że ten element wody jest decydujący i że zupełnie inaczej słucha się przez mikrofon ze słuchawkami na uszach. A teraz kodowałam ścieżki (po uprzednim wyczyszczeniu, co przy bardziej wietrznych lokalizacjach było dość upiorną robotą) do formatu "binaural", opracowanego specjalnie do słuchania na słuchawkach. Nawet teraz odkryłam jakieś kolejne warstwy dźwiękowe (oczywiście "wodne"): na przykład krople deszczu kapiące na mikrofon tworzą interesujący podkład rytmiczny o własnych zagęszczeniach i rozrzedzeniach. Tytuł objawił mi się w Nikkaluokta, gdzie jeden z domków noclegowych nazywał się "Vaggi", a drugi ...

tundra calling

Powinnam robić coś zupełnie innego, ale ten jasny listopadowy już dzień przypomniał o tundrze i dalekiej Północy, mojej głównej obsesji od jakiegoś czasu. Planuję więc lutową wyprawę za krąg polarny, do Jokkmokk na Jokkmokk Marknad, czyli kilka dni z reniferami, szalonymi imprezami w namiotach lavvo ustawionych w centrum miasteczka oraz joikiem. Nie ma jeszcze dokładnego programu, ale wiadomo, że Jokkmokk Marknad w 2010 odbędzie się między 4 a 6. lutego (nie licząc tzw. historisk Jokkmokk Markand). Ech, nie mogę się już doczekać, może tym razem uda się także ruszyć na narty do parku narodowego Muddus - szkoda tylko, że mój ulubiony Norwegian nie lata już z Krakowa do Sztokholmu... Pozostaje Wizzair (lata z Katowic na lotnisko Skavsta, którego nie lubię) + Norwegian do Lulei. To jest projekt, dla którego warto zmagać się z tutejszą zimą-niezimą i codzienną szarą mgłą nad Krakowem.

traveller's time part 2.

Oczywiście, że poprzedni post jest trochę insiderski i bardzo enigmatyczny. I niech tak zostanie, na wypadek, gdyby jeszcze kiedyś ogarnęły mnie jakieś pokusy ZAANGAŻOWANIA, przez co muszę znosić katusze przebywania nie w tym miejscu, nie z tymi ludźmi i nie w tym czasie. Wątpliwości to nie kwestia procesu myślowego nawet, ale raczej (bywa coraz częściej) wglądu, dość szczególnego rodzaju olśnienia, przed którym trudno się schować (głównie przed samą sobą); coś jak nadzwyczaj wyostrzona wizja, kiedy widzi się znacznie więcej niż by się chciało. A w podróży z Poznania (w trakcie koejnych zmagań z PKP) przyplątał się do mnie demon. To nic, że przybrał formę małej, na oko 7-letniej dziewczynki i jej mamy; to nawet się zgadza (zawsze przy tej okazji przypominają mi się niektóre buddyjskie thanki). Trudno powiedzieć, co było gorsze - dziewczynka wychodząca na korytarz przeciętnie 3 razy na minutę i starającej się usilnie mnie potrącić prawie za każdym razem (nie muszę chyba dodawać, że sie...