Posty

blokowisko i małe sklepiki

Obraz
Jakiś czas temu wyjawiłam swój pogląd na kwestię tzw. małych sklepików vs. hipermarketów, dzisiaj będzie swego rodzaju postscriptum. W dalszym ciągu pozostaję sceptyczna wobec bezkrytycznych pochwał stawiających owe małe sklepiki automatycznie w jednym rzędzie z mitycznymi duchami opiekuńczymi wszelkiej maści. Male sklepiki bywają bowiem różne, są i takie, które upadają zasłużenie. Są jednak i takie, które pokazują, na czym cała ta sztuka, zwana handlem, polega. Nie chodzi bowiem tylko o wymianę towarowo-pieniężną - jak pokazuje to cała kultura Wschodu (która u nas bezpowrotnie zgnięła wraz z tragedią Holocaustu), chodzi przede wszystkim o komunikację. I tak od kilku dni funkcjonuje obok pętli kampus UJ... stragan warzywny, hurra!!! Tzn. hurra jest tylko wtedy, kiedy jest tam Pani. Kiedy jest Pan, to się człowiek dowiaduje: a to, że towaru się nie dotyka, a to, że nie wie, czy papryczki są rzeczywiście ostre, a to ogólne zniechęcenie wyraża się w niezbyt ochoczej komunikacji. Jestem wt...

out

Z różnych powodów bylam kompletnie wyautowana z życia przez kilka ładnych dni (well, głównie z powodu pełnienia FUNKCJI - takiej od czarnej roboty, acz bardzo papierkowej). Dzisiaj spostrzegłam, że są w tym pewne dobre strony: a) wiem, o której zamykają wieczorem budynek WZiKS UJ i co by było, gdybym zapomniala Bardzo Ważnej Karty; b) "posiadam wiedzę" (różnorodną); c) przez ponad 7 dni świat zewnętrzny mógłby dla mnie nie istnieć, stałam się niezamierzenie Tymczasową Strefą Autonomiczną w samym środku Systemu (i wiem też, jak to działa); d) mam całkowitą relatywność czasową - upłynęła doba, a mnie się zdawało, że to 3 różne dni; e) uwolniłam się od kompulsywnej i czysto odruchowej potrzeby wiedzy kim/gdzie/czy jestem. Fun.

miałam iść wcześniej spać

... bo jestem maksymalnie wycięta. Wyszłam z domu o 8.45, wróciłam o 17.08, jadłam śniadanie o 7.40 i kolację o 19.00. I jak mi ktoś jeszcze powie, że pracownicy naukowi nic nie robią... Ale jest jak zwykle: 00:07 i nie wiem, co tu jeszcze robię przed ekranem mojego kochanego Maczka. Wszystkiemu winien Telemann i jego Tafelmusik, za dobrze się słucha w mojej wieży z widokiem na (prawie) wszystko dookoła.

dokładnie 0:00

w moim poprzednim poście (choć w podpisie figuruje 12.AM). Kolejny raz udało mi się złapać czas na gorącym uczynku.

jest!

dość lenistwa

Obraz
Dosyć tego lenistwa. W zapisywaniu, rzecz jasna, w zapisywaniu. W realu krążyłam bowiem między KRK (jesienne mgły już są! już nas zachwycają swoją czystą formą! już jesiennie boli głowa i powieki opadają, kiedy siedzi się w autobusie miejskim ok. 17.00!) Wiedniem (przytulne miszkanko Erica i Vanessy prawie w samym centrum), Linzem (to opiszę oddzielnie i gdzie indziej, Marek i tak wyjawił część moich telefonicznych relacji na gorąco z Ars Electronica) i Tatrami. I uwaga, uwaga - pierwszy raz w życiu widziałam kozice, hurrrra!!! Najbardziej podoba mi się ta wersja z leniwymi kozicami, które nawet się nie ruszyły - a przecież na pewno było nas słychać i czuć (tak, jak było słychać zgubionego koziołka, którego rodzicielka wcale nie pospieszyła mu na pomoc, tylko najwyraźniej uczyła radzić sobie samemu w trudnych sytuacjach - blisko półgodzinna obserwacja małego stadka kozic po raz kolejny byla pretekstem do dyskusji o ludziach, którzy sądzą, że zwierzęta pozbawione są uczuć, duszy i umiej...

dialog?

Dzisiaj przykuł moją uwagę news o dialogu międzyreligijnym w Krakowie (na szczęście weekend spędzę w Linzu na Ars Electronica ). Od jakiegos już czasu sporo uwagi miejscowe media poświęcały imprezie Międzynarodowy Kongres dla Pokoju "Ludzie i Religie". Pomysł jak najbardziej godny pochwały, tyle że... jest jak zwykle. Na stronie diecezji znamienna jest l ista gości : oprócz katolików (rzecz jasna lista najdłuższa) mamy także "Judaism" (nadzwyczaj chwalebnie, ale trudno wyobrazić sobie wiarygodny dialog bez judaizmu), "Islam", "Orthodox and Oriental Churches", "Anglican Communion", "World Christian Communions" oraz.... "Asia". Pod tym ostatnim kryptonimem zblokowano buddystów (głównie z Japonii), dżinistów i hinduistów. Jeszcze bardziej znamienne jest, że nie zproszono nikogo z polskiej Sanghi (choćby najszerzej rozumianej), nikogo z miejscowych hinduistów (a kilka grup by się znalazło, choćby krisznaici). Dlaczego? N...

window (no)shopping

Jeszcze trochę sobie ponarzekam, a co tam. W końcu wczoraj były moje urodziny, jest już wrzesień, a tu 30 stopni i nie pada (chcę deszczu i mgieł!), siedząc nad pracami moich kochanych studentów znowu czuję się absolutnie wycięta (no, raz na jakiś czas trafia się ślad myśli oryginalnej lub samodzielnej - wcale nie tak rzadko, wiem, że mogłoby być gorzej, bo nasi studenci są najlepsi), jednym słowem, czuję, że wolno mi ponarzekać. Otóż kompletnie załamała mnie wyprawa do Galerii Krakowskiej w poszukiwaniu ciuchów. Co za ohyda w większości sklepów!!! Najbrzydsze kolory, jakich nawet wolę sobie nie wyobrażać (musztardowy, paskudna ciemna zieleń, z której starannie wyssano energię zieleni, ohydny burdelowy fiolet w zestawieniu z quasi-buraczkowym oraz wspomnianym już musztardowym, ów niesławny kobalt, ktorym katują nas już od jakichś trzech sezonów, jakimś sposobem nawet biel i czerń były w Reserved Orsayu i Mango paskudne!). Nie wspomnę już o fasonach, które są inspiracją najgorszymi aspe...

militarystycznie

I początek września jak zwykle upływa w duchu militaryzmu. Politycy prężą muskuły i żerują na (nie swojej) pamięci. "Wybaczenie" ma oznaczać "ale przyznaj, że to JA mam rację". Zupełnie, jakby pojęcie dyplomacji było w tym kraju nieznane (podobnie jak higiena oraz aktywność umysłowa). Straszą wytrzeszczone w przypływie narodowej histerii oczy rozmaitych Kukizów i Jarosławów. Na szczęście niespotrzeżenie coraz mocniej zakrada się jesień, a sikorkom na balkonie obce są wszystkie bitwy świata, które nie toczą się o ziarno słonecznika.

koniec lata

To już koniec lata. Mgła nad Krakowem dzisiaj rano właśnie mi to uświadomiła - to była mgła już wrześniowa. I co z tego, że ostatnie dni sierpnia w kalendarzu i że jeszcze pewnie będzie gorąco - po lecie i tyle. Żegnanie lata miało miejsce w Nowym Sączu, gdzie pojawił się DESZCZ. Niestety, podczas wieczoru, który był przeznaczony dla teatru. Nie zobaczyliśmy więc spektaklu Teatru Snów (i, prawdę mówiąc, nie zdążyliśmy też porozmawiać dłużej niż przez chwilę). Poza tym jednak najmilszym aspektem festiwalu były spotkania (bo reszta to cała seria negocjacji i kompromisów - koniecznych przy tego typu okazjach, ale nie zawsze pozostawiających najlepszy smak). Włóczęga po Krakowie z Willim i Gerardem, powtórka tejże z Maren i Rudim, nagrywanie w miasteczku galicyjskim (taka folkowa wersja Disneylandu z ajentami i pracownikami niechętnymi wszystkiemu, co narusza marazm i ich święty spokój) fantastycznej sesji instrumentów karpackich... Obiady, transfery, krążenie samochodem, piwo późno wieczo...

out in the woods

Nie chce mi się w niczym uczestniczyć, niczym specjalnie ekscytować. Te wszystkie odpryski militarno-ideologiczno-popowe wyglądają z tundrowej perspektywy jak brud na szybie. Let it be. A zatem zupełnie niemodny, nie-offowy, nie-nowy Oregon z płyty wydanej w 1983 roku: prawie klasyczny skład z Colinem Walcottem, Ralphem Townerem, Paulem McCandlessem (bardzo lubię klasyczne brzmienie jego oboju) i Glenem Moorem. Co nie przeszkadza, że przedpołudnie minęło pod znakiem Alberta Aylera i upału, który szczęśliwie obserwowałam zza szyby. Miasto jest cudne w sierpniu: nieliczne zagęszczenia w mieście (zupełnie inne składniki niż zwykle, bo wyjechali studenci, a przyjechali turyści, często z odległych rubieży ściany wschodniej albo z innej prowincji, głównie mentalnej i obyczajowej), poza tym płynność, przejrzystość, lekkość.

między światami

Wciąż jeszcze trudno odnaleźć mi się w miejskich autobusach i w Carrefour Express, który jest sklepem złożonym głównie z piętrzących się problemów. Po czterech dniach na Sopatowcu to poczucie znowu się zaostrzyło, staram się wychodzić z domu tylko wtedy, kiedy jest to konieczne. Sopatowiec jest świetnym miejscem na czytanie beletrystyki, na którą normalnie rzadko mam czas. Tym bardziej, że książki zaczęte można dokończyć przy kolejnej bytności (nie udało mi się znowu skończyć "Stambułu" Pamuka, ale nic straconego, pewnie wrócę do tej książki późną jesienią, wtedy na werandzie w cenie będą miejsca na fotelach przy piecyku i będziemy pewnie wszyscy tęsknić do wylegiwania się w plamach słońca). Tym razem przyciągnęły mnie kolejne części "Wilczego notesu" Mariusza Wilka. Tym bardziej, że "Tropami rena" to opowieść o podążaniu śladem Saamów zamieszkujących Karelię i Półwysep Kola. Trochę jednak mnie irytuje miejscami dydaktyczne zacięcie autora, który "na...

saamskie tropy

Obraz
I jeszcze kilka saamskich tropów (od kilku dni próbuję zdecydować, jak się pisze Saamowie, saamskich itp. czy też po prostu Samowie i samskich, jak chce prasa, np. "Rzeczpospolita"). W końcu przyjmuję jednak za tłumaczką, Marią Skibińską, i redakcją znakomitej książki Ailo Gaupa " Podróż na dźwiękach szamańskiego bębna" wydanej przez słowo/obraz terytoria tę pierwszą wersję): Portal informacyjny National Sami Information Centre Strona szwedzkiego Parlamentu Saamów (tylko po szwedzku i saamsku) Instytut studiów saamskich na Uniwersytecie w Tromsø W 2008 r. powstał film "The Kautokeino Rebellion" (Kautokeino Opprøret, reż. Nils Gaup), pokazujący dramatyczne wątki z XIX-wiecznej historii wspólnoty Saamów zamieszkującej okolice Kautokeino w Norwegii, regularnie wędrujących do Karesuando w Finlandii, gdzie mogli liczyć na wsparcie pastora Laestadiusa, walczącego z plagą alkoholizmu wśród Saamów (podsycanego, jak pokazuje historia, przez kolonizatorów - wąte...

i to już koniec dziennika

To wszystko było raptem przed tygodniem, a teraz szóstą noc z rzędu śnią mi się lapońskie krajobrazy i wszystkie ścieżki w sieci prowadzą na Północ. Cały trip wyglądał mniej więcej tak: View trekking in Lappland (Sámi) 2009 in a larger map

dziennik podróży, cz. XI

Nikkaluokta, 26/7 To moje imieniny, więc zostalam dzisiaj zwolniona z wszelkich prac porządkowych i dostałam kawę prosto...nie do łóżka, bo szkoda dnia!...ale na werandę, gdzie łowiłam słońce. Około 11.00 (imieniny, to imieniny!) wybraliśmy się na spacer po okolicy. Zaczęliśmy od wzgórza z kościołem. Zobaczyliśmy stamtąd skałki, które od razu przykuły naszą uwagę i wyraźnie wabiły w tamtym kierunku. OKazało się, że do tych "bliskich" skałek 1,5 godziny przedzieraliśmy się przez moczary, wzgórza i tundrę (po raz kolejny ta przejrzystość powietrza jest zwodnicza). Po drodze trafiliśmy w niezwykłe miejsce: stołówkę jakiegoś drapieżnika (rosomak? niedźwiedź? wilki? każda z tych odpowiedzi mogła być prawdziwa...). Wszędzie leżały porozrzucane kości (zaczęło się od szczęki jakiejś łososiowatej ryby sądząc po wielkości a skończyło... na czaszce z porożem i kręgosłupie renifera). Nie da się ukryć, zrobiło mi się lekko nieswojo, brnęliśmy jednak dzielnie dalej, zabrawszy czaszkę z re...

dziennik podróży, cz. X

Láddjujávri - Nikkaluokta, 25/7 Dzień zaczął się nienajgorzej. PO pierwsze, przestało padać. Po drugie, zawsze rano (zwłaszcza tutaj) ogarnia mnie entuzjazm, nawet kiedy pada i/lub jest zimno. Ten tutejszy entuzjazm jest naprawdę czymś niesamowitym - może to kwestia niezwykle wysokoenergetycznego środowiska: czystego powietrza, krystaliczej wody, zapachód tundry i niezmierzonych przestrzeni, gdzie ludzka obecnosć jest jedynie śladowa. Gdzieś nad Nikkaluokta widać było nadzieję na przejaśnienie, choć grube kłęby mgieł spowijały całą dolinę powyżej jeziora oraz sąsiednie szczyty. Rzuciłam więc hasło "wstajemy" i już po chwili nasz niezawodny namiocik był dokładnie spakowany (ech, należą mu się peany, tyle deszczowych nocy przetrwał, wliczając w to chrzest bojowy w postaci 72 godzin ciągłego deszczu na Suwalszczyźnie w samych początkach). Kawa w schronie, poranna toaleta w maciupeńkiej komórce (ale za to suchej, z lustrem i umywalką , co oznacza prawie komfort - stałam się tut...

dziennik podróży, cz. IX

Kebnekaise Fjälstation - Láddjujávri, 24/7 Planowaliśmy zejść od razu do Nikkaluokta, ale jakoś trudno było opuśić tundrę i zrobić pełne wynurzenie ku cywilizacji mechanicznej (do Nikkaluokta dociera szosa i jeżdżą stamtąd autobusy do Kiruny). Kiedy więc zobaczyłam jezioro Ládjujávri z przystani obsługującej ruch łodzi (aż do punktu odległego o 6 km od stacji gorskiej), stwierdziłam: zostajemy. Tym bardziej, że okazało się to być miejsce prowadzone przez saamską rodzinę Sarri. Kaffekatan miał więc saamską flagę nad wejściem, a obok widniało stanowisko Lap Dånalds czyli hamburgery z renifera. Rozbicie namiotu w tym rajskim zakątku - 80 SEK za cały namiot (nie liczą osób, ale też i prócz schronu przeciwiatrowego nie ma żadnego service huset). Zasiedliśmy więc czym prędzej do kawy i ciastek orzechowych (mmm....), co zajęło nam jakieś półtorej godziny, później ruszyliśmy przed siebie na viddę (odkryliśmy szlak reniferowy i miejsce znakowania lub uboju), a kiedy wróciliśmy do kaffekatan, ...

dziennik podróży, cz. VIII

Kebnekaise Fjällstation, 23/7 Zasłużony odpoczynek po wczorajszej eskapadzie. Poczynione odkrycia: ★Nescafe 3 w 1 są daleko lepsze niż Cappucino Original Gevalla; ★markizy nugatowe Ballerina lepiej smakują z ekologicznym dżemem malinowym; ★cashew satay Adventure Food jest smaczny; ★chcąc dostać prawdziwą kawę w restauracji, trzeba wyraźnie poprosić o kawę z maszyny; ★jak zwykle dochodzę do wniosku, żę nagrywane sample trzeba porządkować od razu; ★wkład w moim niebeiskim cienkopisie jest na ukończeniu; ★po drodze do Nikkaluokta jest jakieś miejsce oznaczone na mapie runą, co oznacza "ancient monument"; ★ prognoza pogody nie wygląda dobrze, najbliższe trzy dni oznaczone ☂ (pocieszam się, że nie raz widziałam taką prognozę dla tege terenu, która jednak później niezupełnie się sprawdzała) ★ zlewozmywak w torkrumie jest wyposażony w rodzaj tarki, co bardzo ułatwia pranie; oprócz sauny to właśnie torkrume staje się na tej wyprawie moim obiektem kultowym.

dziennik podróży, cz. VII

Kebnekaise Sydtoppen, 22/7 Zastanawialiśmy się, dlaczego wyprawa na szczyt Kebnekaie trwa 10-12 godzin i dowiedzieliśmy się: składa się z dwóch gigantycznych podejść i jednego gigantycznego zejścia (a z powrotem odwrotnie) . Nic dziwnego, wychodzi się z 675 m npm (na takiej wysokości leży stacja) na 2107 (lub 2104 labo 2111 - dane różnią się, bo wierzchłek pokryty jest lodowcem, który się topi w dobie zmian klimatycznych). Wejście nie jest szczególnie trudne (trasą zachodnią, czyli Vestra Leden, bo szlak wschodni, Ōstra Leden, wiedzie przez lodowiec i wymaga sprzętu wspinaczkowego oraz przewodnika - można jednak wykupić w stacji wycieczkę za 740 SEK i cały sprzęt się dostaje). Kondycyjnie jest jednak bardzo wymagająca - zrobiliśmy tę trasę w jakieś 9 godzin (zdążyłam jeszcze na 15 minut sauny!) z jednym ok. 40minutowym odpoczynkiem, ale gdyby nie doświadczenie i wprawa w szybkim schodzeniu (nie mogę schodzić wolno ze względu na niemal nieistniejący, zdaje się, staw kolanowy, taki parad...

dziennik podróży, cz. VI

Singi - Kebnekaise Fjällstation, 21/7 Ranek budzi nas chłodny, szary i zachmurzony, z wyraźną obietnicą deszczu, ale to podoba mi się tutaj najbardziej, więc deszcz nie jest straszny. Ruszamy do kuchni (po złożeniu namiotu i spakowaniu rzeczy). Brak śladów jakiejkolwiek bytności. Nigdy byśmy nie uwierzyli, że wczoraj gotowało, jadło i spało tutaj z 20 osób. Niebo coraz wyraźniej zachmurzone, z krzaków wyłaniają się kolejni namiotowicze: najpierw mamy z nieco chyba zmarzniętymi dzieciakami. W oczekiwaniu deszczu ruszyliśmy w końcu do Kebnekaise Fjällstation i nie zawiodłam się - lunęło, jak tylko osiągnęliśmy przełęcz. Ale jaką przełęcz! Wszystko, co najlepsze i najpiękniejsze w Tatrach w rozmiarze XXL. Taką pogodę i takie góry kocham najbardziej, o czym przekonałam się po raz kolejny. Schodziliśmy tarasami, na których lśniły jeziora otoczone zboczami gór robiących wrażenie uśpionych olbrzymów. Kiedy na chwilę zatrzymałam się, żeby złapać oddech, wydało mi się, że góry zaczynają się po...