Posty

małe pieniny

uratowała mnie wyprawa w Małe Pieniny. Prawie 7 godzin, Wielkie Koło - od pustej o 7.30 Szczawnicy, na niebieski szlak graniczny przez Szafranówkę, błądzenie po Wysokim Wierchu (tu już Schengen, przekroczyliśmy granicę w jakimś zupełnie niespodziewanym miejscu, koło ogromnych kapeluszy kani wystających ze spalonych słońcem pienińskich traw), na słowacką stronę do znajomego siodła nad Lesnicą, znajomym szlakiem przez Haligowskie Skałki do ulubionej przełęczy Cerla nad Czerwonym Klasztorem i przez górkę do Lesnicy a potem w dół, do ujścia Lesnickiego Potoku i do Szczawnicy. Z taką mapą wędrowaliśmy. Żar lał się z nieba, ale można było do woli nasycić się przestrzenią i powietrzem. Nie bez znaczenia jest też konieczność treningu przed wyprawą w Alpy (właśnie kupiłam bilety na autobus do Ljubljany, okazuje się, że jest połączenie z Krakowa!), ale tak naprawdę w krytycznych momentach wiem, że tylko góry i kontakt z przyrodą mogą mnie uratować. Na szlakach niewiele ludzi, wszyscy tkwią w kn...

dzisiaj nów!

i 13-tego... czuję, że przesilenie zaczyna sie przesilać. zmuszam się do pracy nad książką i choć kompletnie nie mam weny, to coś się między 9.00 rano a 20.00 udaje zrobić. wyjątkowo paskudny nów. dobrze chociaż, że w polityce cyrk, jak rzadko. ogarnia mnie schadenfreude i nie mogę zaprzeczyć satysfakcji, kiedy widzę zmartwiony pysiaczek mr zero oraz ogólny kociokwik wrażych sił mordoru...

regularność

kluczem do sukcesu tutaj jest regularność (chyba). to znaczy, zaglądać tu codziennie lub prawie codziennie, nawet jeśli nie mam nic szczególnego do napisania. po ostatniej podróży i wyczerpującej pracy czuje się kompletnie pusta. nic się nie układa. niedługo pewnie znowu zaskoczy, ale póki co, jałowy bieg.

francuskie piosenki

przyszedł czas na grzebanie w sieci. Hurra! znalazłam wreszcie francuską piosenkę, która mnie uwiodła - to L'ete indien Joe Dassina. Przy okazji niespodzianek a la last.fm znalazłam kilka perełek, np. Nino Ferrera Si Tu M'Aimes Encore. .

ohohohoho!

jaka piękna przerwa. od kwietnia. mamy sierpień. cóż, to się nazywa po prostu życie hipertekstowe. albo immanentny agent cybernetyczny czy jakoś podobnie, monika wie lepiej. w każdym razie wróciliśmy dopiero co z Sajety , jak co roku od trzech lat o tej porze. Szczątki tej obecności są rozrzucone tu i ówdzie w sieci oraz w niniejszym blogu mniej więcej rok temu. Ten sam pociąg do Budapesztu i dalej, do Ljubljany. Kilka zmian: w Abecedarium nie ma już mojej ulubionej sałatki z kozim serem. Ale za to znaleźliśmy inną przyjemną knajpkę, o uroczej nazwie Julija przy Starym Trgu 9 (tylko proszę mi nie zajmować stolika przy oknie!), mają tam świetne słoweńskie wino i niezłą włoską kuchnię. Bardzo trudno wieczorem o miejsce. A Maczą Stezą (czyli chyba Kocią Ścieżką?) dotarliśmy wreszcie na zamek. I absolutny hit: w drodze powrotnej spotkaliśmy tego samego Słoweńca, z którym w ubiegłym roku gawędziliśmy jadąc z Budapesztu do Ljubljany! Poznał nas i przywitał, jak starych znajomych, a nam się ...

i znowu przerwa

cóż, taki jest ten żywot tutaj. absolutnie hipertekstowy. to znaczy nieciągły i pełen sprzeczności. dopiero co wróciliśmy w Łodzi, wbrew niezbyt szczęśliwemu początkowi (loop maszyna ZUPEŁNIE się - ni stąd ni zowąd - zresetowała) zagraliśmy bardzo przyjemny koncert (co oznacza, że po prostu dobrze nam się grało). przyjemny był też improwizowany set z Maćkiem Ożogiem. Odkryłam last.fm - między innymi ten utwór Terry'ego Riley. Sporo tam mozna w ogóle znaleźć muzyki współczesnej (nawet blisko 27-minutową kompozycję Mortona Feldmana, jednego z moich ulubionych kompozytorów). Wieki całe nie kupowaliśmy płyt, a jak już, to padło na ECM: może dlatego, że z Mają Ratkje (projekt norweskiego akordeonisty Frode Haltli).

po spokoju

Obraz
no i mamy kilka partytur, wykonanych za pomocą mechanicznych ptaszków i niedźwiadków przez przybyłych na wernisaż Bogdana Kiwaka gości. A niektórzy przemierzyli aż 350 kilometrów (po drodze do Tatrzańskiej Łomnicy oczywiście). Nie zawsze może być tak, jak planujemy (najczęściej nie jest). Zagadaliśmy się z Czechem (zajrzał do Spokoju rzecz jasna, zupełnie przypadkowo), który oczywiście znał dobrze Dlhe Diely (obecnie Longital...), bo współpracuje z Slnko Records . Europa Środkowa zaczyna być mała i przytulna. Czajownię na Józefa prowadzi oczywiście koleżka z Pragi, który na sam dźwięk nazwiska Vlastislava zareagował: "to u nas legenda!" POmyśleć, że z legendą jedliśmy sobie sushi w Mandze kilka tygodni temu.

po spokoju

Obraz
no i mamy kilka partytur, wykonanych za pomocą mechanicznych ptaszków i niedźwiadków przez przybyłych na wernisaż Bogdana Kiwaka gości. A niektórzy przemierzyli aż 350 kilometrów (po drodze do Tatrzańskiej Łomnicy oczywiście). Nie zawsze może być tak, jak planujemy (najczęściej nie jest). Zagadaliśmy się z Czechem (zajrzał do Spokoju rzecz jasna, zupełnie przypadkowo), który oczywiście znał dobrze Dlhe Diely (obecnie Longital...), bo współpracuje z Slnko Records . Europa Środkowa zaczyna być mała i przytulna. Czajownię na Józefa prowadzi oczywiście koleżka z Pragi, który na sam dźwięk nazwiska Vlastislava zareagował: "to u nas legenda!" POmyśleć, że z legendą jedliśmy sobie sushi w Mandze kilka tygodni temu.

klimaty

Obraz
Wcześniej byliśmy u przyjaciół ze Starej Lubowni i Koszyc, ale ostatni weekend zastał nas na prowadzeniu warsztatów teatralno-muzycznych w Raciborzu. Pojechaliśmy tam pociągiem, przez Kędzierzyn-Koźle. W kędzierzynie zaś znajduje się obiekt godny wciągnięcia na listę UNESCO - jedyny TAKI bar dworcowy Wszystkich RP! Zdjęcie z aparatu w komórce oczywiście nie oddaje pełni klimatu, to trzeba zobaczyć / tego trzeba doświadczyć samemu. Przy stoliku za moimi plecami starsza romska kobieta wróżyła z kart jakiemuś zabłąkanemu podróżnemu, który spożywał 'ogórkową i kawusię'. Wpadliśmy w nastrój postmodernistyczny, z którego nie mieliśmy wyjść również w Raciborzu. W knajpie Bakszysz na Rynku (kiedy błąkaliśmy się między 10.00, kiedy trzeba było opuścić hotel a 15.00, kiedy zaczynaliśmy zajęcia) z wielkiego ekranu LCD przemówił do nas Benedykt XVI (zwany przez niektórych B16 lub Benkiem ewentualnie) do wtóru włoskich canzone sączących się z głośników w drugiem kącie sali, której wystrój ...

nowojorska nostalgia

...ciąg dalszy. łagodniej niz wczoraj, ale nieodwołalnie. Spotykam np. na taki zwykły opis na którejś z list dyskusyjnych: *Directions* Brooklyn-bound F / G trains to Carroll St. 2.5 blocks from stop (between Bond & Nevins) 15 minutes from 2nd Ave. F stop 10 minutes from Metropolitan Ave. G stop Brooklyn-bound R train to Union St. Walk 3 blocks west; left onto Nevins; right onto Carroll http://www.issueprojectroom.org/ I już zjawia się we mnie zapach metra, gęstość wieczornego powietrza po wyjściu na powierzchnię, dobrze znane oznakowania z F, G i R... ech, to gorzej niż zakochanie się w kimś dalekim i nieosiągalnym. To totalna szajba. W innych miastach miło byłoby być. Nowy Jork płynie w moich żyłach.

pracowite przedpołudnie

siedzę nad tekstem, który sprawia mi pewne problemy, trochę męczę się sobą. jako autorką, osobą, która zawsze zmusza się do wyprasowania paru bluzek dopóki nie urosną w całą stertę, kimś, kto... w ogóle jako kimś. czasem napada mnie pomysł, żeby nie musieć być kimś określonym. słucham sobie pre-terrascopowej audycji sprzed roku i wraca do mnie poranek w Providence, Rhode Island. Spacer do miasta, z lekkim bólem głowy i poczuciem jakiegoś lekkiego wyssania pod ogromnym białym niebem, pokrywającym się coraz szczelniej chmurami, ale podświetlonym gdzieś nie wiadomo skąd. SMAK tego spaceru, wdychanego powietrza, tego co nigdy się nie wydarzy, a być może mogłoby. Tego nie umiem w żaden sposób odtworzyć, ani nie umiem do tego wrócić, ani nawet w pełni zapragnąć. Jakby zapadło się w sen, który ledwo powraca do mnie w przebłyskach i nie wiem nawet, czy dotyczy mnie, czy kogoś innego. czy w ogóle kogoś. tęsknota za taką ameryką jest nie do uleczenia i nie do zapomnienia. kraj, w którym fabuły ...

no dobra

Upgrejdowałam do nie-bety. Tzn. kiedyś to była beta version, a teraz jest już chyba normalna. Upłynął miesiąc. Bardzo trudny miesiąc, nie tylko z powodu przeprowadzki. Bywają też zmiany nieodwracalne. Qrcze powinnam już kończyć naszą nową stronę, ale ciągnie się ta robota i ciągnie. MUSZĘ. Już niebawem. Już za chwileczkę. Będzie.

śnieg to był ostatni...

HOHOHOHOHOHO.... jak długo tu nie zaglądałam... I jak się okazało, śnieg to był - w listopadzie - jak na razie ostatni. Obserwuje siebie w procesie zmian różnorakich, m.in. mieszkaniowych. Po latach zalogowaliśmy się w Krakowie, w pewnym sensie to krok najzupełniej naturalny, ale jak się okazało - jednak nie najłatwiejszy. Odkrywam, że istnieją różne rodzaje mobilności. Trochę dał mi też do myślenia fakt, że żadne miejsce z mojej przeszłości - z którym bym sie identyfikowała jako z miejscem osobistej mitologii / pamięci - albo fizycznie nie istnieje, albo zostało zrekonfigurowane w taki sposób, że nie można go uznać za takie samo. Najbardziej uderzający był chyba widok kamienicy w Czarnym Dunajcu, gdzie spędzałam każde wakacje w dzieciństwie i gdzi miezkała moja babcia (kiedy najzupełniej przypadkiem przejeżdżaliśmy tamtędy w drodze do Bratysławy). KAŻDY budynek w sąsiedztwie jest odnowiony, ten popadł w stan kompletnego zrujnowania (podobno nie wiadomo, kto ostatecznie jest właściciel...

pierwszy śnieg

tak jest. mamy 2 listopada i za oknem pada śnieg, chwilami nawet dosyć intensywnie. Dzień, w Którym Pada Pierwszy Śnieg zawsze był dla mnie czymś w rodzaju osobistego święta.

Museum of Art w Denver

Ale żeby jakoś się przetrwać to chwilowe poczucie zastoju i rozpadu (to żadna sprzeczność), oddaję się - oprócz zajęć domowych, co ma skutek tyleż terapeutyczny, co bardzo wymierny i praktyczny w dodatku - tropieniu rozmaitych kiedyś śledzonych wątków. Skończono budowę Muzeum Sztuki w Denver , zaprojektowanego przez Daniela Libeskinda. Recenzent w New York Timesie trochę się wyzłośliwia, ale budynek imponuje rozmachem i wizjonerstwem, nawet jeśli "nie brzmi" całkiem nowo. Nie musi. Prace Libeskinda mają w sobie coś, co każe ponownie przemyśleć sobie, jak smakuje przestrzeń. Kiedy, och kiedy, och kiedy znowu będę spacerować po moście willamsburskim? kiedy, och kiedy, och kiedy znów zgubię się w strandzie? BARDZO brakuje mi Ameryki.

no flashback / flashback all the time

albo jakiekolwiek powroty do czasu minionego są absolutnie niemożliwe, albo moje życie jest jednym wielkim flashbackiem i żartem z pamięci (rozpadającej się spektakularnie). W każdym razie nadszedł październik i wymazał moje wakacyjne wspomnienia. Zresztą jak mogłoby być inaczej, jeśli wygląda to np. tak: czwartek - zajęcia, wieczorem koncert po spotkaniu z Olgą Tokarczuk w Alchemii (dobrze, ze pojawiła się - coraz rzadsza już - piękna przyjemność z uczestnictwa, spotkania i muzyki), kładziemy się spać w podniebnym mieszkanku Madzi na Sebastiana wyjątkowo wcześnie, jak na taką okazję bo ok. 1.00; piątek - wstaję o 5.00, o 6.00 siedzę w intercity do W-wy, pędzę na spotkanie w sprawie prezentacji jednego ze szkolen, które współprowadzę, o 12.05 siedzę w pociągu powrotnym, zahaczam o Kraków, wracam do domu, padam wycięta i śpię jak zabita (w międzyczasie Madzia nadjeżdża z K-wa ostatnim autobusem o 2.00); sobota - wyjazd z ekipą telewizyjną na Słowację, kręcimy jakiś siedmiominutowy frag...

flashback part 1.

Obraz
Góry są wielkie, a ja malutka... to Boguś, złotko, zrobił taką fotkę - na prośbę, żeby uwiecznić mnie z fragementem tej części Pirinu, która zbudowana jest z białego marmuru. Więcej fotek wkrótce na Flickrze . A tu będzie więcej flashbacków.

jesień...

...ale za to jaka piękna! wróciłam z wakacji prosto w wir spraw rozmaitych. w Pirinie było doskonale... w pięć osób biwakuje się w wysokich górach dużo lepiej niż we dwójkę. znowu stanęłam na szczycie Wichrena - to bardzo piękna góra, bardzo dla nas łaskawa, bo znów zaoferowała nam piękną widoczoność. powietrze nie było wprawdzie tak krystaliczne, jak 3 lata temu, ale za to udało nam się zejść z gór przed wyraźnym załamaniem pogody. tym razem kozice się nie pojawiły i zamiast uroczego biwaku w sielankowym otoczeniu Mozgowiszkiego Ridu musieliśmy wybrać (ze względu na deszcz) noclegownię nad Tevno Ezero. to kolejna lekcja elastyczności - plany i marzenia zazwyczaj przybierają zupełnie inne kształty, sęk w tym, żeby sobie z tego powodu nie robić "ciężkiej głowy", jak mówią Słowacy. co prawda długotrwała praca naukowa pozbawiła mnie trochę kondycji, ale i tak jestem z siebie dumna - 10-godzinny trekking znad Tevno Ezero do Rożena poszedł jak z płatka. było dość ekstremalnie, na...

lost 2

no i się zaczęło. ale już od pojutrza będę zagubiona w znacznie przyjemniejszy sposób, po krótkim (3 dni!!:-((((() pobycie w Sinemorcu przerzucamy się w góry Pirinu. chcemy powtórzyć brawurowe przejście z 2003 roku: Bansko - Wichren - Mozgowiszki Rid (pod szczytem KAmienicy) - chiża Pirin - Rożen - Melnik. Żal mi trochę ciepłego morza, ale nie wyobrażam sobie, że mogłabym zmarnować całe 12 dni wolnego z dala od jakichś wysokich gór (wysokich, to znaczy przynajmniej 5 dni ponad granicą lasu). To miałyby być baaardzo długie wakacje, rok temu marzyliśmy o miesiącu w Bułgarii, a okazało się, że są to moje najkrótsze wakacje od jakichś 5 - 8 lat. No cóż, może nadrobię na nartach zimą. I mamy jeszcze jedną zaległą wycieczkę rowerową na Węgrzech, przez Góry Bukowe. Oraz niezrealizowany wypad w Tatry, w tym roku była w Tatrach tylko 2 razy. Może lepiej zacznę się pakować.

nothing

znowu mam do dyspozycji telewizję, która zresztą coraz częściej mnie nudzi. filmy to filmy, telewizja to telewizja. wkręciłam się w "Lost", więc chyba zacznę oglądać drugą serię. w każdym razie wczoraj HBO uraczyło widzów świetnym i zabawnym "nothing" (w polskiej wersji "wielkie nic") Vincenzo Natali. przez chwilę nawet poczułam się przyjemnie oderwana od podłoża, a przez głowę przemknęła mi myśl "a jeśli rzeczywiście żadne oczekiwane reguły prowadzenia narracji nie mają tu miejsca?". muszę przyznać, że pojawił się przyjemny dreszczyk emocji mający coś wspólnego z lękiem przed zagubieniem w pustce. ale oczywiście takowe reguły są nie do ominięcia, jeśli opowiada się cokolwiek :-))) w każdym razie pewnie jest to jeden z najtańszych filmów - wystarczy blue box:-)) albo jedno pomieszczenie wyłożone białym, sprężynującym materacem.