Posty

Museum of Art w Denver

Ale żeby jakoś się przetrwać to chwilowe poczucie zastoju i rozpadu (to żadna sprzeczność), oddaję się - oprócz zajęć domowych, co ma skutek tyleż terapeutyczny, co bardzo wymierny i praktyczny w dodatku - tropieniu rozmaitych kiedyś śledzonych wątków. Skończono budowę Muzeum Sztuki w Denver , zaprojektowanego przez Daniela Libeskinda. Recenzent w New York Timesie trochę się wyzłośliwia, ale budynek imponuje rozmachem i wizjonerstwem, nawet jeśli "nie brzmi" całkiem nowo. Nie musi. Prace Libeskinda mają w sobie coś, co każe ponownie przemyśleć sobie, jak smakuje przestrzeń. Kiedy, och kiedy, och kiedy znowu będę spacerować po moście willamsburskim? kiedy, och kiedy, och kiedy znów zgubię się w strandzie? BARDZO brakuje mi Ameryki.

no flashback / flashback all the time

albo jakiekolwiek powroty do czasu minionego są absolutnie niemożliwe, albo moje życie jest jednym wielkim flashbackiem i żartem z pamięci (rozpadającej się spektakularnie). W każdym razie nadszedł październik i wymazał moje wakacyjne wspomnienia. Zresztą jak mogłoby być inaczej, jeśli wygląda to np. tak: czwartek - zajęcia, wieczorem koncert po spotkaniu z Olgą Tokarczuk w Alchemii (dobrze, ze pojawiła się - coraz rzadsza już - piękna przyjemność z uczestnictwa, spotkania i muzyki), kładziemy się spać w podniebnym mieszkanku Madzi na Sebastiana wyjątkowo wcześnie, jak na taką okazję bo ok. 1.00; piątek - wstaję o 5.00, o 6.00 siedzę w intercity do W-wy, pędzę na spotkanie w sprawie prezentacji jednego ze szkolen, które współprowadzę, o 12.05 siedzę w pociągu powrotnym, zahaczam o Kraków, wracam do domu, padam wycięta i śpię jak zabita (w międzyczasie Madzia nadjeżdża z K-wa ostatnim autobusem o 2.00); sobota - wyjazd z ekipą telewizyjną na Słowację, kręcimy jakiś siedmiominutowy frag...

flashback part 1.

Obraz
Góry są wielkie, a ja malutka... to Boguś, złotko, zrobił taką fotkę - na prośbę, żeby uwiecznić mnie z fragementem tej części Pirinu, która zbudowana jest z białego marmuru. Więcej fotek wkrótce na Flickrze . A tu będzie więcej flashbacków.

jesień...

...ale za to jaka piękna! wróciłam z wakacji prosto w wir spraw rozmaitych. w Pirinie było doskonale... w pięć osób biwakuje się w wysokich górach dużo lepiej niż we dwójkę. znowu stanęłam na szczycie Wichrena - to bardzo piękna góra, bardzo dla nas łaskawa, bo znów zaoferowała nam piękną widoczoność. powietrze nie było wprawdzie tak krystaliczne, jak 3 lata temu, ale za to udało nam się zejść z gór przed wyraźnym załamaniem pogody. tym razem kozice się nie pojawiły i zamiast uroczego biwaku w sielankowym otoczeniu Mozgowiszkiego Ridu musieliśmy wybrać (ze względu na deszcz) noclegownię nad Tevno Ezero. to kolejna lekcja elastyczności - plany i marzenia zazwyczaj przybierają zupełnie inne kształty, sęk w tym, żeby sobie z tego powodu nie robić "ciężkiej głowy", jak mówią Słowacy. co prawda długotrwała praca naukowa pozbawiła mnie trochę kondycji, ale i tak jestem z siebie dumna - 10-godzinny trekking znad Tevno Ezero do Rożena poszedł jak z płatka. było dość ekstremalnie, na...

lost 2

no i się zaczęło. ale już od pojutrza będę zagubiona w znacznie przyjemniejszy sposób, po krótkim (3 dni!!:-((((() pobycie w Sinemorcu przerzucamy się w góry Pirinu. chcemy powtórzyć brawurowe przejście z 2003 roku: Bansko - Wichren - Mozgowiszki Rid (pod szczytem KAmienicy) - chiża Pirin - Rożen - Melnik. Żal mi trochę ciepłego morza, ale nie wyobrażam sobie, że mogłabym zmarnować całe 12 dni wolnego z dala od jakichś wysokich gór (wysokich, to znaczy przynajmniej 5 dni ponad granicą lasu). To miałyby być baaardzo długie wakacje, rok temu marzyliśmy o miesiącu w Bułgarii, a okazało się, że są to moje najkrótsze wakacje od jakichś 5 - 8 lat. No cóż, może nadrobię na nartach zimą. I mamy jeszcze jedną zaległą wycieczkę rowerową na Węgrzech, przez Góry Bukowe. Oraz niezrealizowany wypad w Tatry, w tym roku była w Tatrach tylko 2 razy. Może lepiej zacznę się pakować.

nothing

znowu mam do dyspozycji telewizję, która zresztą coraz częściej mnie nudzi. filmy to filmy, telewizja to telewizja. wkręciłam się w "Lost", więc chyba zacznę oglądać drugą serię. w każdym razie wczoraj HBO uraczyło widzów świetnym i zabawnym "nothing" (w polskiej wersji "wielkie nic") Vincenzo Natali. przez chwilę nawet poczułam się przyjemnie oderwana od podłoża, a przez głowę przemknęła mi myśl "a jeśli rzeczywiście żadne oczekiwane reguły prowadzenia narracji nie mają tu miejsca?". muszę przyznać, że pojawił się przyjemny dreszczyk emocji mający coś wspólnego z lękiem przed zagubieniem w pustce. ale oczywiście takowe reguły są nie do ominięcia, jeśli opowiada się cokolwiek :-))) w każdym razie pewnie jest to jeden z najtańszych filmów - wystarczy blue box:-)) albo jedno pomieszczenie wyłożone białym, sprężynującym materacem.

dzikie kaczki

... są bardzo agresywne. przekonałam się nad jeziorem pod Sejnami. jedna taka wypadała z sitowia z głośnym gdkaniem, ile razy zobaczyła na pomoście kogoś z czymkolwiek do jedzenia w ręku. całe dwa tygodnie spędziłam "out in the woods", czyli w dziczy. prowadząc warsztaty. najpierw na Kaszubach, później na Suwalszczyźnie. nawet z zasięgiem było tam kiepsko, co dopiero z internetem czy czymś podobnym. czułam się tak, jakbym spędziła ten czas daleko od Polski, newsy zaczęły do mnie docierać dopiero po powrocie. między innymi taki, że jestem "wykształciuchem natargetowanym". wygląda na to, że z tytułem doktorskim będzie trzeba się kryć po krzakach niedługo... kto ogląda "szkło kontaktowe" (program absolutnie kultowy, bo dający chwilę oddechu od zatykania się codzienną frustracją), ten wie. kto nie wie, niech zajrzy na forum mówię sobie, że dystans do tego wszystkiego jest koniecznym warunkiem zachowania zdrowia i że wejście w polski dyskurs publiczny jest obec...

znowu pakowanie

jutro ruszamy do Kieżmarku (Słowacja), gramy tam na festiwalu Lokal Life na szczęście to tylko 80 km stąd, więc jutro wieczorem będziemy w domu. możliwość spania we własnym łóżku jawi mi się jako coraz cenniejsza. zwłaszcza, że już pokutrze wyjeżdżam na 2 tygodnie i to wcale nie na wakacje (Marek wróci wcześniej, szczęściarz) tylko na warsztat za warsztatem. Kaszuby i Suwalszczyzna. Miejsca w Polsce, które uwielbiam, ale do pracy potrzebuję dobrej kawy z prawdziwej maszyny (stały wątek) i jedzenia, które jest wegetariańskie a nie bezmięsne. I w ogóle odrobiny wygody. Praca to praca, wakacje to co innego, wtedy mogę się myć w jeziorze. Raz na 3 dni. Dobrze chociaż, że na Kaszubach ma gotować Tadziu Bylica - to sprawdzona firma (ech, te uczty w niegdysiejszej Tęczowej Dolinie...) i nie widzieliśmy się kopę lat. Choć trzeba uważać, podobna za wegetarianizm teraz przesłuchują na policji (patrz artykuł w Przekroju o sektofobach - wreszcie ktoś nazwał te parafiańszczyznę, ciemnotę i idiotyzm...

mikrokosmosy

Obraz
Ester z Tolmina przysłała dzisiaj fotkę znad Socy. To przynosi ulgę - wiedzieć, że to miejsce istnieje za naszymi plecami... Po powrocie z Tolmina sięgnęłam po Mikrokosmosy Magrisa. Inaczej się czyta tę natchnioną opowieść o Mitteleuropie, kiedy dopiero co było się w niej zanurzonym po czubek głowy. Czy może być bardziej metaforyczna trasa, niż z Krakowa przez Budapeszt do Ljubljany? (Owszem, z Krakowa przez Wiedeń do Ljubljany:-) Magris przynosi też, jak zwykle, kilka odpowiedzi, które są pomocne w wyartykułowaniu właściwych pytań. Kilka brzmień staje się w każdym razie zrozumiałych, kiedy czyta się o przejściu do sproblematyzowanej Mitteleuropy, wielkiego i melancholijnego laboratorium kultury jako źródła cierpień, które dobrze wie, co to pustka i śmierć. (s.67) Lepiej rozumiem też, skąd ten ból głowy po powrocie i uczucie klaustrofobii po lekturze tutejszej prasy i spacerze ulicami. To dlatego, że wszelka endogamia jest toksyczna; także college, uniwersyteckie kampusy, ekskluzywne...

Sajeta 2006

Obraz
i już w domu. i już po Sajecie. nawet 7 dni deszczu w Alpach Julijskich jakoś ostatecznie nie przeszkadzało. Jasne, że chcieliśmy popływać canoe po Soczy i wyjść na Tolminski Triglav, ale plany i życzenia mają to do siebie, że rzadko się w pełni spełniają. Było inaczej. Koncerty w większości w klubie Mink obok Mercatora (były schron przeciwatomowy, co my mamy z tymi schronami - od Kalifornii po Słowenię), na Sotocju odbył siętylko jeden (i to najnudniejszy, żałosna forma nadętej i pretensjonalnej "nowej elektroniki" z Francji, w nimbie rewolucyjnej krucjaty anty-kapitalistycznej, oczywiście z nadgryzionym jabłkiem na pierwszym planie, a jakże oraz koleżka z Niemiec, który tak naprawdę chciałby robić disco, tylko nie wypada tak zupełnie oddać się niskim przyjemnościom). Dwa najlepsze koncerty: świetny Suchar-Majewski Mikrokolektyw (część Robotaobiboka) oraz fenomenalny Zlatko Kaucic z Trevorem Wattsem - w roznych konfiguracjach, solo i w duecie. Tym razem nie graliśmy koncertu...

a w Tolminie leje jak z cebra...

no i co, mielismy plywac sobie po Socy, a tu trzeci dzien ulewa... na szczescie wieczorem troche ustaje i wychodzi slonce. ale Tolmin jak zwykle - dobra kawa w Gostilni pri Kranjcu, wysmienite czerwone wino, wszelkie dobra w Merkatorze i wieczorna muzyka. wiecej jak troche swiat wyschnie.

sesja

w międzyczasie skończyliśmy nagrywać nowy materiał. trwało to jakiś miesiąc (regularna praca co tydzień), nareszcie mamy studio pod nosem i nie trzeba nigdzie jeździć. trochę zaskakująca muzyka, również dla nas. Po raz pierwszy wydamy płytę bez głosu, wyłącznie instrumentalną. "Królową Śniegu" (zmiksowaną przeze mnie z terenowych nagrań zimowych + głos) zostawiamy na jakąś inną płytę, być może będzie to moja solowa płyta, a może pójdzie na split z Merzbowem (też dla VIVO). Pojutrze w nocy ruszamy do Tolmina (nareszcie!), jednak przez Budapeszt, a nie przez Wiedeń, pociągiem. Znowu wsiądziemy do znajomych wagonów, tym razem Hidasnemeti zostanie za szybą...

wyprawa węgierska

Obraz
o 3.05 w nocy wysiedliśmy z pociągu budapeszteńskiego, żadnej uchwytnej różnicy, jeśli chodzi o temperaturę i gęstość powietrza... ale po kolei. Dzień pierwszy - 20.07 wyszliśmy z pociągu w Hidasnemeti trochę za wcześnie, podszedł do nas kolejarz z groźną miną i kazał wsiąść z powrotem do pociągu - nie było jeszcze odprawy paszportowej. wreszcie wysiedliśmy po raz drugi (a rowery stały na peronie) i już wszystko było OK. znalezienie drogi na Gonc (brakuje mi węgierskich znaków) nie było takie trudne i już po ok. godzince piliśmy sobie znakomitą kawę w wiosce Goncruszka (nadaliśmy jej kryptonim Goncgruszka), w jakejś wiejskiej korcsma przydrożnej (karczma, jasne!), pod olbrzymim orzechem. Tak właśnie kojarzą mi się rowerowe Węgry - ciepłe, aksamitne poranne powietrze i znakomita kawka gdziekolwiek. Poczucie zagubienia (bo ledwo takie miejsce istnieje na mapie i nikt by nas tam nie wypatrzyl) i odnlazienia (bo odnajduję się poza wszystkimi terminami i pieklem kalendarza zsynchronizowane...

już za 76 minut

wsiadamy do pociągu relacji Kraków - Budapeszt, ale wysiądziemy na uroczej stacji o nazwie Hidasnemeti, żeby dalej, na rowerach podążyć ku miasteczku Tokaj. U zbiegu Cisy i Bodrogu uptarujemy chwilowego raju, który znaleźć coraz trudniej. Hidasnemeti pamiętam z jakiegoś przebudzenia w środku nocy (a raczej tuż przed wschodem słońca), z niebem zaczerwienionym od mrozu i przestrzenią, za którą czaiła się puszta. To był chyba styczeń albo luty 1998 roku i jechaliśmy, żeby zagrać koncert na festiwalu w MU Szinhaz w Budapeszcie. Nocowaliśmy wtedy w ambasadzie polskiej na Wzgórzu Róż, ech, to były czasy... może chociaż halaszle, może uda się zrozumieć choć dwa słowa po węgiersku, jednym z najbardziej abstrakcyjnych języków w naszych okolicach. i za to kocham Węgry, za odpoczynek od semiotyki...

nie było soprano

Obraz
bo jakoś nam tam specjalnie się nie podobało. tak naprawdę trudno było namierzyć w gorlicach coś zjadliwego (bo ile można zjeść ruskich!). to jakiś największy mit tubylczy: że polska żywność jest taka świetna. może tak, jak się nie widziało organic food co-op za wielką wodą ani nie wyjeżdżało na bałkany czy do italii. u nas generalnie - im dalej od dużego miasta, tym gorzej. zdrową żywność (tzn. taką, którą da się zjeść i po której nie boli żołądek) na wsiach i w małych miasteczkach znają tylko z opowieści. jakoś trudno mi się zachwycać kawą rozpuszczalną w jakimś "ogródku piwnym" w bieczu (bo na rynku ogródek zamknięty w piątek o godz. 17.00). zresztą na ścianie tegoż barku wisi plazma za jakieś, na oko, 6 tys. (a co najmniej 4) więc nie rozumiem, co zabrania tym ludziom kupić ekspres ciśnieniowy za 600 złociszy (chyba już mniej, może nawet i ja kiedyś nabędę). a tak pozostaje kawa, z którą nie można wygrać - jak się jej nie dosłodzi, to jest gorzka, a jak się uda dosłodzić,...

bam, bam

Obraz
jaki tytuł dać mam? (ale najpierw - zanim cokolwiek - ginko biloba czyli miłorząb japoński sprzed mojego okna, w naszym mini-miniogródku o wymiarach 3m x 2,5m). i jak przewidywałam, włosi zostali mistrzami świata. szkoda, że był to ich najsłabszy mecz. querowy framing mojej osobowści ze strony tubylczej kultury postępuje. oto, co proponował wczoraj - czerstwy, jak zwykle - onet. pl, w swoim dziale sportowym, w przegródce piłka nożna: konkurs na najładniejszą fankę. dzisiaj: dziewczyny i żony piłkarzy (sonda z głosowaniem, na najładniejszą). młodzieńczą fazę feminizmu mam już za sobą, ale onet jest po prostu głupi, nudny i żenujący. i czerstwy, jak kaczka, co ziemniakiem się stała. i stosują cenzurę, mój komantarz wcale się nie pojawił, a zaczęłam nowy wątek. mogę sobie popatrzeć na dziewczyny, fakt, są ładne. ale żeby choć raz konkurs na "ładnego fana", dla złamania rutyny. nie "przystojnego" a "ładnego" właśnie. cute - w tym sensie. oprócz tego w zastras...

rozkosze chwilowego zakorzenienia

tak właśnie. po raz pierwszy od niepamiętnych czasów spędziłam 6 dni pod rząd we własnym domu (oraz w jednym miejscu). to bardzo przyjemne, choć oznacza też konieczność walki z kurzem i pajęczynami uporczywie odradzającymi się pod kątach, z całą tą materią nieustannie próbującą nas pochłonąć. można też spojrzeć na to od innej strony, choć czasem wzdragam się przed tym - przypomniała mi o tym praca Dust Breeding Man Raya, którą znalazłam w sieci. kurz ma też miękką fakturę, która przypomina plusz. kurz kojarzy mi się z ciszą i późnojesiennym zachodem słońca. może dlatego, że dawno temu, moje zajęcia na pierwszym roku studiów (obecna AP, gdzie kiedyś zaczynałam...) najczęściej odbywały się w salach z oknami zwróconymi ku zachodowi, na ostatnich piętrze gmachu przy ul. podchorążych. niektóre były śmiertelnie nudne, więc jedyne, co pozostawało, to obserwacja skomplikowanych relacji światła i drobin kurzu unoszących się w powietrzu. o tym właśnie jest dla mnie Dust Breeding .

plyty, kontakty, koments please

fajnie jest dostawać sygnały, że ktos tu zagląda! jeśli jednak chcecie dostać odpowiedź, dołączajcie swoje adresy e-mailowe. W innym przypadku widzę tylko "anonymus-blogger..." etc. i nie moge odpisać. Taki jest kłopot np. z Radkiem z San Francisco - Radku, jeśli tu zaglądasz, to odezwij sie ze swoim adresem... najlepiej pisać do nas bezpośrednio ze znanej strony, która figuruje w linkach . (najlepiej zdaje się klinknąć na "kontakt"). i tak ja to odbieram:-)) dotyczy to także płyt - można je kupić od nas bezposrednio, albo w serpencie albo u vivo , whatever. kapitalistyczni krwiopijcy w empiku potrafią narzucić i z 200 procent marży, jak to było w przypadku amerykańskiej płyty "nytu"... uff, gorąco. Marek lata gdzieś w terenie z grupą studentów ochrony środowiska, ja teoretycznie powinnam gnać z tłumaczeniem. włosi będą mistrzami świata, na 100%! Super, wolałam ich niż brazylię od samego początku!

tęsknię za wodą

Obraz
Tak było rok temu w Tolminie, mam nadzieję, że teraz też tak będzie. Zanim jednak wsiądziemy w Wiedniu do autobusu Praga - Triest (och, ta symbolika geograficzno-kulturowa!:-) muszę jeszcze uporać się z tłumaczeniem książki, no i to jeszcze całe trzy tygodnie. Wcześniej może się uda wyruszyć na rowerach z Budapesztu wzdłuż Dunaju do Bratysławy (a po drodze pohasać sobie po malowniczych wzgórzach wokół Szentendre). Póki co, muszę wracać do tłumaczenia.

pierwsze półrocze za nami

przerzuciłam dzisiaj kartkę w kalendarzu i okazało się, że muszę w ogóle odwrócić go na drugą stronę. minęło pierwsze półrocze 2006... w ten sposób niespotrzeżenie upływa czas. zawsze wydaje mi się, że można jakoś ten upływ pochwycić, nakreślić jakąś granicę, żeby świadomiej żyć, ale ostatecznie wszystko się rozpada na miliony pojedynczych zdarzeń i kiedy budzę się rano, to codziennie prawie stwarzam świat od nowa. albo zdarzenia zlewają się ze sobą w ciągi, dla których podział na dni czy godziny nie ma żadnego znaczenia. tak czy owak, mój czas jest nieciągły i absolutnie nielinearny (żeby nie powiedzieć, cyberdyskursywny). we czwartek z sukcesem obroniła się Monika, więc miała miejsce mała imprezka w Krakowie na Fieldorfa, u Marty, która właśnie otwarła przewód. mam niejasne wrażenie, że powinnam to wszystko jakoś uczcić, ale tak naprawdę nie mam pojęcia jak. pijaństwa nie mają żadnego sensu (ten ból głowy, kłopoty z żołądkiem i nieadekwatność następnego poranka! - jak można to w ogól...